piątek, 31 maja 2013

Już pora.

    " Spójrz… Świat powoli poddaje się nocy… wszystko pogrąża się w ciemności… Już pora na sen… i choćby pogasły wszystkie światła… nie pozwól zasnąć nadziei… bo gdzieś na dnie tej ciemności… jest płomień, którego nie zgasi żaden wiatr "…
     Z  nieznanych  mi  powodów   większą  część  wpisu  trafił szlag,  nie  będę  go  pisała  po  raz  drugi.  Napiszę  tylko,  że  dzisiejszy  wieczór  jest  cichy,  ciepły  i  spokojny.  Tylko  ptaki  cichutko  jeszcze  kwilą  przed  zaśnięciem.  Wieczór  pogodny,  niczym  balsam  dla  duszy  i  skołatanych  nerwów,  a   balsam  to  pożywka  i  nigdy  nie  ma  go  w  nadmiarze.  Skołatane  nerwy  na  szczęście  mnie  nie  dotyczą,  dlatego  z  balsamu  korzystam  podwójnie.  Kocham  wiosnę,  wiosna  pachnie  i  dźwięczy  tak  pięknie.

poniedziałek, 27 maja 2013

Myśliwska natura.

           Cały  dzisiejszy  dzień,  nie  poszedł  zgodnie  z  planem.  Co  ja  mówię,  już  noc  była  nie  taka,  spałam  byle  jak  i  wstałam  zmęczona  jak  po wykopkach.  Jeździłam  na  wykopki  w  czasach  młodości,  więc  wiem  co  mówię.  Nie, żebym  jakąś  leciwą  staruszką  była, broń  Boże.  Tylko,  że  wtedy  jeszcze  do  04.06.1989  roku,  bardzo  daleko  było.  No  i  wzięłam  się  z  tym  trudnym  dniem   za  bary.  Sama  przed  sobą  pieścić  się  przecież  nie  będę  a,  że  fotonów   był   ci  dzisiaj  u  nas  dostatek, ( bo  dzień  był  słoneczny  więc  darmowa  fototerapia  zapewniona ),  to  i  samopoczucie  miało  szansę  się  poprawić.  Ciężko  było  bo  ciągle  "pod  górkę".  Tylko  co  z  tego,  że  pod  górkę,  że  ciężko  kiedy  w  środę  muszę  być  gotowa  na  przyjazd  moich.  Kiedy  w lodówce  światło,  a  w mieszkaniu?,  też  światło.  Sprężyłam  się  i  z  samego  rana  zrobiłam  duuże  zakupy.
            Przy  takiej  pogodzie  chciało  mi  się  też  pobuszować  w  ogródku.  Na  rabatkach  po deszczu  gaj  się  zrobił,  myślę  ja   sobie,  ziemia  taka  mięciutka  i  przekwitnięte  niezabudki  trzeba  usunąć,  piękna  robota  mogłaby  być.  Wyszłam  na  balkon,  spojrzałam  na  swoje  hektary  i  cofnęłam  się  z   powrotem.  Nie  dałam  rady,  ale ... ale  to  było  podejście  pierwsze.  Pozwoliłam  klapkom  w  mózgu  przemeblować  się  i ... było  podejście  drugie.  Tym  razem  skuteczne.  Niezapominajki  usunięte   i  zielepuch  trochę  również.
           Pracowałam,  a  Kajtek  na  balkonie  prosi  i  prosi  żebym  go  wzięła  do  ogródka.  Po  schodkach  sam  zejść  nie  potrafi.  Wzięłam  chłopczyka,  puściłam  luzem  i  pracuję  dalej.  Kajtek   biega,  czegoś  szuka,  do  pojnika  dla  ptaków  podbiegł,  krzaczki  bukszpanu  osikał,  doniczki  obwąchuje  a  ja  pracuję.  Kajtek  nadal  szuka,   nagle  szum , dziki  pęd  i  szczek  mojego  pieska  dobiegający  gdzieś  z  osiedla.  Co  wyczaił  i  co  pogonił  nie  mam  pojęcia. Wrócił  uspokojony  i  bardzo  z  siebie  zadowolony,  mój  niskopienny  pies  myśliwski. Naturalnie,  natychmiast  dostał  opieprz  od  pańci,  za  taką samowolkę.  Nie  wiem  co  z  tego  zrozumiał,  ale  kajał  się  i  przepraszał .  Rozwala  mnie  takim  zachowaniem,  mój kochany  maluszek.

niedziela, 19 maja 2013

Podglądanie.

         Nie  ukrywam  podglądam,  podglądam  namiętnie  przyrodę.  Ostatnio  usiłuję  uchwycić  moment  kiedy  to  "wieczorową  porą ",  najdłużej  bo  aż  do  zmierzchu  latające  jaskółki,  zastępują  zaczynające  latać  po  zmierzchu,  nietoperze.  Kiedy  dochodzi  do  zamiany  latającego  towarzystwa?  Kiedy  smukłe  ciało  jaskółek,  zostaję  zastąpione  krępym  ciałem  nietoperzy?  Mało  ambitna  obserwacja?,  a  guzik  prawda.  Cel  obserwacji  jeden,  a  trzy  różne  spostrzeżenia,  natomiast  wniosków  -  zero  i  żadnego  pomysłu  na  to,  od  czego  to zależy.  Nic  nie  jest  łatwe,  nawet  banalna  zdawałoby  się  obserwacja. I tak:
       1). Jaskółki  jeszcze  latają,  a  pomiędzy  nimi  latają  już  nietoperze.
       2). Jaskółki  przestają  latać  i  natychmiast  pojawiają  się  nietoperze.
       3). Jaskółki  przestały  latać  i  przez długi  czas  nie  ma  nietoperzy.
       Kurcze  od  czego  to  zależy?  Opisując  te  wieczorne  spostrzeżenia  myślę  sobie,  że  jestem  szczęśliwa  skoro  zaprzątają  mnie  takie  przyjemne  sprawy.  Tak,  ja  jestem  szczęśliwa,  zwyczajnie  po  ludzku  szczęśliwa  i  jest  mi  w tym  stanie  niewyobrażalnie  dobrze.
        Mam  jeszcze  jedno  spostrzeżenie,  nie  związane  z  wcześniej  postawionym  celem.  Otóż  wg  mnie,  jaskółki  to  ptaki  które  bardzo  głośno  zasypiają,  co  one  się  na  kwilą, co one  na kołują  zanim  zdecydują  się  na  sen,  to  głowa  mała. Poza  tym  są  to  moje  ulubione  ptaki.  Myślę,  że  za  sprawą  Calineczki,  bajki  wielokrotnie  czytanej  w  dzieciństwie,  bajki  przy  której  zawsze  płakałam,  co  tam  płakałam  ryczałam  jak  bóbr !!!.  Dlaczego  tak  się  mówi  "ryczałam  jak  bóbr"?.

środa, 15 maja 2013

Dmuchawce ...

         Dmuchawce,  latawce,  wiatr ...  Dmuchawców  było  jak  manny  z  nieba,  było,  bo  działo  się  to  w  niedzielę.  Znowu  muszę  napisać,  że  takiego  obrazka  to  ja  chyba  jak  żyję,  nie  widziałam.  Łąka  nie  skoszona  jest  jeszcze  do  dzisiaj,  ale  jest  spokój,  już  nic  się  nad  nią  nie  dzieje.  W  niedzielę  dmuchawce   były  olbrzymie,  dojrzałe  a  nawet  przejrzałe  i  wiatr  przenosił  ich  nasiona  na  różnych  wysokościach  i  w  różne  strony.  To  była  kulminacja  tego,  dla  mnie  niesamowitego  zjawiska,  może  się  egzaltuję  ale  to  był  naprawdę  niecodzienny  widok.  Szczerze  współczułam  alergikom.  Były  więc  dmuchawce  w  ilościach  niewyobrażalnych,  był  wiatr  ale  nie  było  latawców.  W  ich  miejsce  pojawiły  się  paralotnie,  takie  latawce  dla  tatusiów.  W  niedzielę  też  latały,  a  ja  przeżyłam  chwilę  grozy  bo  wydawało  mi  się,  że  w  jednej  z  nich  na  moment  zamilkł  silnik.
         Były  też  przez  weekend,  moje  dziewczyny.  Były  francuskie  suvieniry  i  jak  zwykle  było  fajnie.  Tylko,  że  po  ich  wyjeździe   w  niedzielny  wieczór,  dopadła  mnie  migrena  i  trzyma  ( ta  cholera )  do  dzisiaj.  Oj,  coraz  ciężej  mi  jest  z  tą  szlachecką  chorobą.  A  miało  być  na ... starość ... znośniej.

czwartek, 9 maja 2013

Ja pierniczę...

         Czas  niestety  nieubłaganie  upływa.  Natomiast  ja  nie  rejestruję  tego  upływu  w  realu?!  Kilkakrotnie  już  pisałam,  że  ogromne  zdziwienie  wzbudza  u  mnie  twarz  tej  pani,  która  patrzy  na  mnie  z  lustra.  Tym  bardziej,  że  do  lustra  zaglądam  może ... raz  dziennie?  Bo  jeśli  chodzi  o  mnie,  to  lustra  mogłyby  nie  istnieć.  Znowu  potwierdzam  swoją  teorię:  mało  jest  we  mnie  kobiety  w  kobiecie,  oprócz  naturalnie  atrybutów.  Tych  mam  akurat  obfitość.  Więc  zdziwienie  moje  jest  ciągle  ogromne,  że  czas  jednak  nie  stoi  w  miejscu.  Pisałam  też,  że  dopiero  spojrzenie  w  dowód  mówi  mi  (drukowanymi  literami ),  ile  to  ja  mam  lat!  A  wiadomo,  do  dowodu  zaglądam  jeszcze  rzadziej  niż  do  lustra. Codzienne  życie  przypomniało  mi  dzisiaj  okrutną  prawdę:  Alko,  ty  masz  yhy, yhy,  yhy ... lat!
         Jak  ja  dzisiaj  dostałam  w  kość.  Ja  pierniczę,  jak  ja  dzisiaj  dostałam. Praca  była  wprawdzie  nie  taka  zwykła,  codzienna  ale  też  nie  była  dla  mnie  pierwszyzną.  Nie  będę  się  rozpisywała,  bo  to  praca  cmentarna  była,  na  dodatek  okazała  się  być  bardzo  satysfakcjonująca.  A  że  dostałam  w  kaczy  kuper,  no  trudno.  Ale  Mamusia  i  Tatuś  mają  za  to  pięknie.
          Ciekawostka.  Dzisiaj  już  9  maja,  a  Kajtek  nie  ma  uczulenia!  Poza  tym  jak  słusznie  zauważył  mój  Brat  nie  ma  jeszcze  tych  okropnych  muszek,  od  ugryzienia  których  oboje  mamy  uczulenie.  Matko,  jakie  straszne  jest  to  uczulenie.  Na  samo  wspomnienie  wszystko  mnie  swędzi.

niedziela, 5 maja 2013

Inwazja.

          Tyle  już  lat  bezczelnie  podglądam  przyrodę,  ale  to  co  widzę  w  tym  roku,  przechodzi  moje  wyobrażenie ... ilości.  Ilość  chrabąszczy  jest  wyobrażalnie  niewyobrażalna,  astronomicznie  kosmiczna!  Spacerując  z  Kajtkiem  przechodzę  koło  małego  gaiku  leszczynowego,  co  tam  się  dzieje?  Gałęzie  i  młode  liście  dosłownie  oblepione  są  chrabąszczami  ślicznymi,  błyszczącymi,  dorodnymi. Wielkimi.  Inne  drzewa  też  są  nimi  oblepione. Ścieżka  przy  gaiku  usiana  jest  skrzydłami  i  odwłokami  chrabąszczy,  a  na  ścieżce  mrowie  kawek  i  gawronów.  Jak  żyję,  a  trochę  już  żyję,  czegoś  podobnego  nie  widziałam.  Tak  sobie  spaceruję  i  tak  sobie  myślę,  że  któreś  ogniwo  łańcucha  pokarmowego  już  się  załamało, bo  skąd  ta  inwazja  chrabąszczy,  a  któreś   jeszcze  się  załamie  w  wyniku  tak  ogromnej  ich  ilości  i  tak  ogromnego  przetrzebiania.
         Idę  sobie idę,  nagle  patrzę a  po ścieżce  "wędruje"  część  odwłoka.  Co  za  piorun  myślę,  po  chwili  zaskoczyłam,  że  pewnie  mała  mrówka  też  coś  z  tego  dobrodziejstwa  chrabąszczy,  chce  mieć.  Targała  ten  ciężar,  który  pewnie  będzie  musiała  pozostawić  przy  mrowisku,  bo  do  korytarza  się  z  nim  nie  zmieści.  Kajtka,  a  jak,  też  zapoznałam  z  chrabąszczem,  leżał  taki  na  grzbiecie  i  przebierał  nogami,  kazałam  Kajtkowi  go  powąchać.  Kajtuś  podchodzi  wącha,  a  chrabąszcz  cabach  odnóżami  za  nos,  Kajtek  prychnął  i   zaraz  uruchomił  łepek,  trzepnął  nim  energicznie  i  zwalił  chrabąszcza.  Dobrze,  że  chrabąszcz  ma  chitynowy  pancerzyk,  lepiej  niech  zginie  w  dziobie  ptaka,  a  nie  przez  upadek.
         Takie  oto  zachowania,  zaobserwowałam  dzisiaj  w  przyrodzie.  Jak  to  cudownie  jest  mieć  psa,  który  systematycznie  wyprowadza  cię ( czyli  mnie ) na  spacer.

czwartek, 2 maja 2013

Ruch to zdrowie.

        Dyrdymał  to  jakiś  jest.  Właśnie  dla  tej  zdrowotności  zeszłam  sobie  do  ogródka  i  co?,  jajco!  Wystarczyło  1,5 ha  pracy,  na  dodatek  takiej  estetycznej  bardziej  i  musiałam  się  zwijać,  bo  rozbolał  mnie  krzyż  i  plecy,  na  dodatek  bolą  mnie  do  tej  pory.  A  cóż  ja  takiego  robiłam?,  nic  wielkiego  -  wysiewałam  mieszankę  kwiatów  przyciągającą  motyle,  mieszankę  pnączy  żeby  kwitła  jak  już  powojnik  przekwitnie,  przetykałam  pędy  powojnika  przez  kratki, ucinałam  kwiaty  przekwitłych  tulipanów  żeby  nie  zapylały  się  krzyżowo,  to wszystko  sama  estetyka.  A  plany  miałam  dużo  większe,  ale  niestety  od  11 h.  jestem  unieruchomiona.
        A  pogoda  taka  fajna,  temperatura  znośna,  słońce  nie  dokucza,  wiatru  nie  ma  wprawdzie  kalendarz  biodynamiczny  niezbyt  korzystny,  ale  co  tam  kalendarz  ważne  są  endorfiny.  Tymczasem  nie  ma  endorfin  jest  ból.  Jest  ból  ponieważ  liczę  na  to,  że  dolegliwości  same  przejdą  i  to  jest  chyba  błąd.
        Zaobserwowałam  coś  co  przyprawiło  mnie  o  zdziwienie ... jaskółki,  które  kołują  już  po  niebie  z  radosnym  śpiewem  i ... chrabąszcze.  Po  raz  pierwszy  widziałam  i  jaskółki  i  chrabąszcze  29. kwietnia !!! Tegoroczna  długa  zima  wprawiła  przyrodę  w  jakąś  "polkę  galopkę".