niedziela, 5 maja 2013

Inwazja.

          Tyle  już  lat  bezczelnie  podglądam  przyrodę,  ale  to  co  widzę  w  tym  roku,  przechodzi  moje  wyobrażenie ... ilości.  Ilość  chrabąszczy  jest  wyobrażalnie  niewyobrażalna,  astronomicznie  kosmiczna!  Spacerując  z  Kajtkiem  przechodzę  koło  małego  gaiku  leszczynowego,  co  tam  się  dzieje?  Gałęzie  i  młode  liście  dosłownie  oblepione  są  chrabąszczami  ślicznymi,  błyszczącymi,  dorodnymi. Wielkimi.  Inne  drzewa  też  są  nimi  oblepione. Ścieżka  przy  gaiku  usiana  jest  skrzydłami  i  odwłokami  chrabąszczy,  a  na  ścieżce  mrowie  kawek  i  gawronów.  Jak  żyję,  a  trochę  już  żyję,  czegoś  podobnego  nie  widziałam.  Tak  sobie  spaceruję  i  tak  sobie  myślę,  że  któreś  ogniwo  łańcucha  pokarmowego  już  się  załamało, bo  skąd  ta  inwazja  chrabąszczy,  a  któreś   jeszcze  się  załamie  w  wyniku  tak  ogromnej  ich  ilości  i  tak  ogromnego  przetrzebiania.
         Idę  sobie idę,  nagle  patrzę a  po ścieżce  "wędruje"  część  odwłoka.  Co  za  piorun  myślę,  po  chwili  zaskoczyłam,  że  pewnie  mała  mrówka  też  coś  z  tego  dobrodziejstwa  chrabąszczy,  chce  mieć.  Targała  ten  ciężar,  który  pewnie  będzie  musiała  pozostawić  przy  mrowisku,  bo  do  korytarza  się  z  nim  nie  zmieści.  Kajtka,  a  jak,  też  zapoznałam  z  chrabąszczem,  leżał  taki  na  grzbiecie  i  przebierał  nogami,  kazałam  Kajtkowi  go  powąchać.  Kajtuś  podchodzi  wącha,  a  chrabąszcz  cabach  odnóżami  za  nos,  Kajtek  prychnął  i   zaraz  uruchomił  łepek,  trzepnął  nim  energicznie  i  zwalił  chrabąszcza.  Dobrze,  że  chrabąszcz  ma  chitynowy  pancerzyk,  lepiej  niech  zginie  w  dziobie  ptaka,  a  nie  przez  upadek.
         Takie  oto  zachowania,  zaobserwowałam  dzisiaj  w  przyrodzie.  Jak  to  cudownie  jest  mieć  psa,  który  systematycznie  wyprowadza  cię ( czyli  mnie ) na  spacer.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz