wtorek, 17 grudnia 2013

O, żeż....

        O, żeż...ale  się  wstrzeliłam.  Czy  kwartał  to dużo, czy  kwartał  to mało? Nie wiem.  Ja  udaję,  że  nie  wiem  gdy  tymczasem,  to już  kwartał  to  już  3  miesiące  to  nagle  i  znienacka  upłynęła  1/4  część  roku,  od  ostatniego  mojego  tutaj  pobytu. Ten  czas  był  dla  mnie  jak  mgnienie  oka.  Ale  czy  taki  jego  upływ,  mogę  nazwać  mgnieniem  oka?  Chyba  nie  mogę.  O, żeż.... jak  ten  czas  zasuwa.
        Cieszę  się  życiem,  moja  szczęśliwa  passa  trwa.  Czego  niestety  nie  mogę  powiedzieć  o  mojej  Kasi.

wtorek, 17 września 2013

Dlaczego?

      Dlaczego o poranku,  ludzie  pędzą  jak  szaleni?. Młodzi,  starzy,  średniacy  i  dzieci.  Pędzą  jakby  za  moment  Świat  miał  się  skończyć.  Mnie  się  wydaje,  że  ja  tak nie  pędziłam,  chociaż   może  tylko  tak  mi  się  wydaje.  Pracowałam  przecież  bardzo  dużo,  a  na  obecne  życie  patrzę  z  pewnym  dystansem. Na  szczęście  od  siedmiu  lat,  już  nigdzie  nie  pędzę  i  za  pędem  nie  tęsknię.  Jest  mi  z tym  dobrze,  cudownie,  bezpiecznie. 
      Jestem  szczęśliwa. Jedynym  moim  zmartwieniem,  dotykającym  mnie  bezpośrednio  jest  moja ... waga.  Tak  łatwo  i  prosto  ją  nabić,  mnie  przybywa  ( o  zgrozo )  nawet  podczas  snu,  żeby  zrzucić  trzeba  się  solidnie  nagimnastykować  ( w  przenośni,  oczywiście ),  a  żeby  utrzymać  ją  na  odpowiednim  poziomie,  to  jest  zupełnie  dla  mnie  nieosiągalne.  Przejadam  problemy  innych,  dotykają  mnie  one  pośrednio  a  ignorować  ich  nie  potrafię,  dzięki  temu  gromadzę  kolejne  kilogramy.  Żeby  się  odrobinę  pocieszyć,  przewrotnie  mogę  powiedzieć " kochanego  ciała  nigdy  za wiele ",  równie  przewrotnie  mogę  sobie  odpowiedzieć,  " ale  może  bez  przesady? ".
      Wakacje  minęły  zupełnie  nie  tak,  jak  były  planowane,  ale  minęły  i  czasu  już  się  nie  cofnie.
       Jestem  na  komputerowych  wagarach.  Nie  chce  mi  się  do  niego  siadać.

wtorek, 30 lipca 2013

Dałam....

            Dałam  ciała  czy  nie  dałam (?),  oto jest pytanie.  Na  pewno  trochę  się  zaniedbałam.  Życie  nawet  moje,  emerytki  na  pełnym  etacie  posiada  tyle  atrakcji  i  różnych  urozmaiceń,  a  ja  je  olewam.  Przesadzam,  nie  olewam  tylko tak  jakoś  wyszło,  że  nijak  nie  miałam  ochoty  siadać  przy  klawiaturze.  Atrakcje  i  urozmaicenia  to  jedno,  a  na  dodatek  mknie  do  przodu  jak  szalone,  to  drugie. Najzwyczajniej,  nie  wyrabiam. 
            Pobyt  Kaśki  i  Julki  już  poza  mną,  próbne  i  nie  tylko  próbne  jazdy  nowym  autkiem  też  już  poza  mną,   nawet  tropikalne  upały  też  poza  mną,  a  ja  nawet  tego  nie  odtrąbiłam !!!!! 
            Chyba  popełniłam  grzech  zaniechania (?)  i  nie  był  to  jedyny  grzech  jaki  popełniłam  w  tym  czasie.

czwartek, 4 lipca 2013

Mrówki, Avatar i Halka.

        Mrówki  tak  mnie  wkurzyły,  że  wypowiedziałam  im  wojnę.  Globalną  i  totalną.  To są owady  których  nie  znoszę,  nie  znoszę  tak  bardzo jak  tylko  to jest  możliwe.  Walczę  z  nimi  już  chyba  z  miesiąc. Dostały  takiego  czadu,  że  teraz  pojawiają  się  tylko  pojedyncze  egzemplarze,  ale  jeszcze  się  pojawiają. A  poza  tym  odkrywam ... nowe  gniazda.  Rodzajów  mrówek  jest  całe  mnóstwo.  Wczoraj  odkryłam  nowe  gniazdo  w  lawendzie.  Cudnej,  pachnącej  wdzięcznej  lawendzie.  No  i  tu  już  przegięły  pałę,  rozwaliłam  mrowisko,  posypałam  proszkiem  i  niech  paskudy  giną, a  jaja  niech  wysychają  na  słońcu.  Pisząc  o  nich  wszystko  mnie  swędzi.
        Coś  musiało  się  załamać  w  łańcuchu  pokarmowym,  bo  i  chrabąszczy jest  zatrzęsienie.  Po  miesiącu  pojawiły  się  znowu,  tym  razem  mniejsze  i  takie  satynowe.  Całe  mnóstwo  przylatuje  do  powojnika,  malwy  i  pozostałości  po  kwiatach  pnącej  róży.  Wczoraj  przeżyłam  zmasowany  atak  i  musiałam  się  ewakuować,  to  latające  towarzystwo  ubzdurało  sobie  chyba,  że  i  ja ... kwiatem  jestem.  Stanęłam  oko w  oko  z  chrabąszczami,  ja  stałam  a  one  latały  na  wysokości  oczu.  Jakaś  iluzja  to  była  i  pomyślałam  sobie,  Avatar  przeżywam  na  jawie,  czy  co  do  piernika  jasnego.
       A  ogródek  jest  śliczny,  kolorowy  i  zaczyna  w  końcu  mieć  właściwy  charakter,  tzn. teraz  tak  uważam,  ale  co  będzie  jesienią  lub  wiosną?  Nie  wiem,  może  "najdzie  na  mnie"  kolejna  koncepcja.
       Piszę  o  ogródku,  cieszę  się  tym  skrawkiem  ziemi  pod  oknami i  przypomniało  mi  się,  że  moja  wirtualna  koleżanka  Halka,  po  kolejnej  mojej  opowiastce  o  kwiatkach,  ptaszkach  i  owadach  przysłała  mi  taki  jak  sama  nazwała  "wierszyk,  nie wierszyk":

      "Ile trzeba poranków i wieczorów w ogrodzie,
       żebyś w końcu wiedziała jaka jesteś na co dzień ,
       jesteś dobra i cicha, taka swojska -do licha !!!!!"
     
      Ładne i dla mnie, tylko chyba nie o mnie.

środa, 3 lipca 2013

Wybrakowany towar.

          Wakacje  sobie  trwają,  miałam  być  już  z  dziewczynkami,  miałam  ale  nie  jestem.   Właściwie  nic  wielkiego się  nie  stało (!?)  po  prostu   Kaśka  poszła  pod  nóż ... chirurgiczny,  a precyzyjniej  ortopedyczny.  Już  trzeci  raz,  w  swojej  przeszło dziesięcioletniej  karierze  nauczycielki,  ma  takie  urozmaicenie  wypoczynku  wakacyjnego.  A  tym  samym  i  mnie  zrobiła  w  bambuko  i  popsuła  mi  wakacje ( sprzedałam  jej  taki  tekst ),  chociaż  wiadomo,  że  nie  od  niej  to  zależało.  Wybrakowany  jakiś  towar  mi  się  trafił  i  nawet  nie  mam  do  kogo  złożyć  reklamacji.
           Jestem  osobą  zorganizowaną,  ale  moja  organizacja  wzięła  w  łeb.  Nie  wiadomo  co  się  uda  zrealizować,  a  miały  być  podróże  i  małe  i  duże.  Niestety  dzisiaj  jeszcze   nie  wiem  kiedy  do  mnie  przyjedzie,  naturalnie  nerw  mnie  szarpie  i  gul  mi  skacze.  Przez  dziesięć  dni  po  zabiegu  bierze  zastrzyki,  zdjęcie  szwów  15.07.  i  czy  potem  już  nastanie  mój  czas?  Nie  wiem,  ona  pewnie  też  nie  wie.  Tymczasem  trochę  leży,  trochę  próbuję  chodzić  ale  przede  wszystkim  walczy  z  bólem.
         A  w  moim  ogródku  jest  tak  ślicznie  i  nawet  mam  Prowansję "+",  kwitnie  niebieska  i  biała  lawenda.  Prowansalskie  lawendowe  pola  znamy  tylko  w  lawendowym  kolorze,  a ja  mam  również  białą.  Nie  chwaląc  się,  miałam  jeszcze  lawendę  w  granatowo-fioletowym  kolorze,  ale  niestety  nie  przetrzymała  zimy.  Pewnie  uzupełnię  ten  kolor,  ale  już  nie  w  tym  roku.

czwartek, 27 czerwca 2013

Słońce z zimą w tle.

             Ale  miałam  czuja  z  tą  wczorajszą  nadzieją.  Jakoś  tym  razem  ziściła  się,  co  szczególnie  mnie,  niezbyt  często  się  zdarza.  Nastrój,  natychmiast  jak  z  automatu  podniósł   się  o  oktawę,  za  sprawą  słońca  naturalnie.  Cudownie  świeci  od   świtu  na  błękitnym  niebie  i  pewnie  dziwi  się  spustoszeniu  jakie  spowodowały  ostatnie  deszcze.  Jaśmin,  róże,  clematis  otrzaskane  z  kwiatów,  chociaż  jeszcze  długo  mogły  cieszyć  oko  i  nos  swoim  pięknem.  Delikatne  dzwonki  i  ostróżki  niebezpiecznie  pochylone,  ale  już  swoje  ukwiecone  łebki  unoszą  znad  gleby.  Dzielne  kwiatki,  może  dadzą  sobie  radę.  Aż  żal  patrzeć  jak  te  deszcze  je  zniszczyły,   przecież  żeby  zakwitły  ponownie   trzeba  będzie  czekać  aż  cały  rok.  O,  Boże  aż  cały  rok!  Dwanaście  długich  miesięcy!
              Ta  pieprzona  zima  coraz  bliżej,  a  trwała  tak  nieznośnie  długo  i  zaburzyła  mi  zupełnie  orientację  w  czasie.  Połowa  roku  przecież  za  nami  a  ja,  wydaje  mi  się,  że  dopiero  niedawno  schowałam  zimowe  buty.  Na  samą  myśl  o  tej  cholerze  spadła  mi,   podniesiona  przez  słońce,   oktawa  dobrego  nastroju.  Szlag  by  to  trafił.
              Mogłabym   poprawić  nastrój   pracą  w  ogródku,  tylko  niestety  jest  zbyt  mokro,  boli  mnie  krzyż  a  poza  tym  mam  inne  plany.  Wypindrzyłam  się  i  wychodzę  " na  miasto". 
             


środa, 26 czerwca 2013

Dobra pani.

           Już  trzeci  dzień  za  oknem  szaruga.  Czuję  się  osaczona  jak  lwica  w  klatce.  Jestem  domatorką,  lubię  swoje  mieszkanie   ale  to   co  się  teraz  dzieje  to  już  jest  przeginanie  pały!  Nawet  pies  w  taką  pogodę,  nie  chce  chodzić  na  spacer  i  swoje  potrzeby  fizjologiczne  załatwia  pod  najbliższym  krzaczkiem  i  drzewem.  A  spacery  z  nim,  to  wielka  moja  przyjemność.  Na  dodatek  jego  obecność  w  moim  życiu  ogranicza  się  teraz  do  koszyka,  bardzo  dużo  śpi.  Doskonały  z  niego  barometr.  Jak  ma  ochotę  z  niego  wyjść,  a  ja  nie  mam  na  "niego  ochoty"   to  każę  mu  wracać  do  kosza.  Jest   bardzo  karny  i  wraca.  Nie  zawsze  mam  ochotę  na  dogoterapię.  Tylko  czy  tak  się  zachowuje  dobra  pani?
           Ze  smutkiem  patrzę  na  ogródek,  kałuże  wody  i  kwiaty  chylące  się  do  ziemi  pod  ciężarem  deszczu.  Nie  wszystkie  udało  mi  się  wcześniej  podwiązać. Od  jutra  ma  być  lepiej,  zobaczymy.
            Musi  się  pogada  zmienić,  musi.  Inaczej  wskaźnik  na  wadze  przekroczy  liczbę  której  nie  chciałabym  żeby  przekraczał.  Kurcze,  mam  niewyobrażalny  apetyt  szczególnie  na  węglowodany,  a  hamulców  naturalnie  żadnych!!!  To  jest  straszne,  deszcz  pada,  pies  śpi,  a  ja  jem.  Ile  razy  można  myć  podłogę,  przekładać  ciuchy,  jak  długo  można  oglądać  telewizję  w  której  zresztą  nie  ma  czego  oglądać.  Czytanie  jakoś  mi  teraz  nie ... idzie.  Może  jutro  będzie  lepiej?!  Mam  taką  nadzieję,  a  nadzieja  umiera  ostatnia.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Sprawa się rypła.

          Nie,  nie  będę  już  niczego  planowała.  Jestem  wkur....a  jak  Chopin,  szlag  mnie  trafia,  krew  mnie  zalewa  i  gul  mi  lata.  Czy  znam  jeszcze  jakieś  podobne  przekleństwo?  Pewnie  znam,  ale  zalewająca  mnie  krew  odbiera  mi  rozum.  A  dlaczego  Chopin  był  wkur....y?  Zresztą  mniejsza  o  większość.  Dzisiaj  to ja  jestem  wkurzona  na  maxa.
           Czekam  sobie  czekam,  jak  na  rozżarzonych  węglach  tzn. niezwykle  cierpliwie  na  koniec  roku  szkolnego,  bo  mają  przyjechać  moje  dziewczynki. Cierpliwość,  co  wszystkim  jest  wiadome  jest  przecież  cechą   moją  największą,  a  tu ... sprawa  się  rypła.  Kaśka  skręciła  kopyto,  giczałę  a  właściwie  to  kolano  i  trzasnęła  jej  łąkotka.  Można  zwariować  z  tą  kobietą.  Zabieg  w  poniedziałek,  prywatnie  za  horrendalną  sumę.  Kasia  stwierdziła  tylko:  jak  to  dobrze,  że  nie  w  czasie  roku  szkolnego!  A niech  to  chudy  Mojżesz,  żeby  praca  była  najważniejsza?  Dziewczyny  naturalnie  przyjadą,  tylko  z  poślizgiem.  A  ja  sobie  poczekam,  cierpliwie  oczywiście,  bo  cierpliwość  to  moja  druga  natura.
          Na  koniec  tylko  dodam,  że  nie  jeden  gul  ale  cały  tabun  guli  mi  lata. 

niedziela, 23 czerwca 2013

Ale.....

       Ale  dopadła  mnie  niechęć  do  pisanego  i  drukowanego,  a  i  " niemoc  twórcza "  też  mnie  pewnie  dopadła.
       Nie  chce  mi  się  pisać,  więc  nie  piszę.  Nie  piszę,  bo  mi  się  nie  chce.  Jakby  tego  faktu  nie  ujmować  to  i  tak   " d..a  z  tyłu ".  A  czas  jest  taki  piękny   i  " dziań "  jest  różnych,  różnistych  w  moim  życiu  tak  wiele,  że  "głowa  mała"  ale  niestety  to  " dzianie  się "  też   mnie  w  jakimś  stopniu  ogranicza.  Na  dzień  dzisiejszy  jest  świetnie,  bo  rajcuje  mnie  mój  marazm.
      Trzecie  dopadnięcie  jest  takie,  mianowicie  dopadła  mnie  myśl,  gdzie  się  podział  czas  i  dlaczego  tak  szybko  przecieka  mi  przez  palce?  Mija  już  pół  roku  Nowego  Roku  ( brzmi  jak  kpina ),  a  ja   nie  wiem   kiedy  to  się  stało,  za   moimi  plecami   to  się  stało  czy  co,  do  piernika  jasnego?   Jest  to  na  dzień  dzisiejszy,   problem  mój  największy.   Kurza  niewinność,  coraz  starsza  żeby  nie  powiedzieć  brzydko ... pańcia  się  ze  mnie  robi.  Czasie,  nie  chcę  żebyś  się  cofał  tylko  zwolnij,  bardzo  proszę.

niedziela, 9 czerwca 2013

Kos i Wenus.

           Mam  nowe  uzależnienie.  To  już  trzecie  w  moim  życiu.  Byłam  uzależniona  od  jabłek,   jogurtów,  a  teraz  uzależniłam  się  od  śpiewu  kosa.  Tak  pięknie  koncertuje  w  tym  roku,  że  kiedy  w  nocy   zaczyna  swoją  uwerturę,  budzę  się.   Urzeka  mnie  swoim  śpiewem.  Skubaniec  kończy  po  godzinie  23 ,  a  zaczyna  o  2:40  przed  świtem.  Śpiewają  na  zmianę  ze  szpakiem,  tylko  szpak  jest  bardziej  leniwy  i  tak  wcześnie  nie  śpiewa.  Poza  tym  ze  szpaka  to  "oszust",  bo  tyle  różnych  dźwięków  i  ptasich  śpiewów  naśladuję,  że  w  końcu  nie  wiem  czy  to  szpak  śpiewa  czy  np. sikorka.  Wyjątkowy  jest  to  rok  dla  tych  dwóch  śpiewaków.  Dla  mnie  też  jest  wyjątkowy,  bo  mogę  ich  słuchać.  Siedzę  więc  na  powietrzu  i  słucham,  słucham  tego  śpiewu,  jak  zaczarowana.  Próbowałam  ustalić  godziny  jego  koncertów,  a  gdzie  tam  nie  da  się.   Śpiewa  widocznie  wtedy  kiedy  chce  i  ptasi  zegar  nie  jest  mu  potrzebny.

     http://www.youtube.com/watch?v=Cf8PqjBp13c

          Tak  sobie  siedzę  i  tak  sobie  słucham,  ale  oprócz  tego  spoglądam  w  niebo,  jak  to  zwykli  czynić  romantycy.  A  ja  niepoprawną  romantyczką  jestem,  całe  życie,  psia  krew.  Do  22:40  trzeba  czekać  aż  się  pojawi  Wenus  na  niebie  i  bardzo  długo  jest  osamotniona.  Przynajmniej  wczoraj  tak  było,  Jowisza  już  się  nie  doczekałam.  Pojawił  się  natomiast  sputnik,  którego  przez  ostatnie  dni  nie  widywałam.  Może  był  zbyt  oddalony  od  Ziemi,  albo  nie  dostrzegłam  przesuwającego  się  po  niebie  światełka.  Co  innego  samoloty,  one  lecąc  mrugają  światłami. W  końcu  jesteśmy  w  okresie  najdłuższych  dni  w  roku,  jak  ja  lubię  ten  czas.  Nie  muszę  się  kłaść  się  do  łóżka,  o  tej  powszechnej  uznawaną  za  właściwą  porę   udawania  się  na  spoczynek,  czyli  22 godzinie.  Nie  znoszę  leżeć  w  łóżku!

środa, 5 czerwca 2013

Związki.

          Czy  jest  związek  pomiędzy  Dniem  Dziecka,  a  tuszą?  Naturalnie,  że  jest.  Szczególnie  jeżeli  cały  boży  dzień  świętowało  się  Dzień  Dziecka.  Takie  świętowanie  to  nieostrożność,  rozpusta  i  zwyczajne  obżarstwo.  Dlaczego  katowałam  się  odchudzaniem  przez  tyle  czasu,  żeby  potem  zaprzepaścić  to  bez  skrupułów?!  Właściwie  nie  mam  co  udawać,  że  to  tylko  Dzień  Dziecka,  świętowanie  trwało  cztery  dni   bo  przecież  weekend  znowu  był  długi!  Największą  dyscypliną  wykazywała  się  Julka,  jeżeli  miała  dość  jedzenia  to  miała  dość  i  już.  Nie  to  co  dorośli ... do  oporu.  Ma  jednak  Julka  i  swoją  słabość,  ta  słabość  to  lody.  Na  szczęście  "szafarzem"  ich  nie  była  i  niestety  poddawała  się  decyzjom  dorosłych.
            Musiałam  się  cofnąć  do  tego  dnia,  bo  po  uporządkowaniu  żarełka  po  wyjeździe  gości,  znowu  ugotowałam  kapuśniak  i  znowu  się  odchudzam.  Co  ja  gadam,  będę  się  odchudzać,  bo  jeszcze  w  lodówce  są  resztki  od  resztek.  A  ma  być  tylko  światło  i  ...  kapuśniaczek.  Oj,  ciężka  jest  dola  grubasów,  chcących  zachować  pozory  estetycznego  wyglądu.
           Jaki  związek  mają  skarpetki  na  nogach,  z  nocnym  snem?.  W  moim  przypadku  mają  ogromny.  Odkąd  pogoda  nas  nie  rozpieszcza,  jest  deszczowo  i  zimno,  moje  stopy  też  są  zimne  więc  śpię  w  skarpetkach.  Jak  śpię  w  skarpetkach,  usypiam  szybko  i   tabletki  nasenne  nie  są  mi  potrzebne.  Sen  trwa  3- 4  godziny,  jeżeli  chodzi  o  mnie  to  bardzo  długo,  a  jeżeli   jeszcze  trwa  bez  przerwy,  to  cały  dzień  czuję  się  doskonale.  No  i  czy  skarpetki  nie  mają  związku  ze  snem?  Mają,  ja  tego  doświadczam  i  jestem  tego  niezaprzeczalnym  dowodem.

wtorek, 4 czerwca 2013

Czytając noblistę.

           Zięć człowiek  już  w  średnim  wieku,  niewątpliwie  inteligentny  i  oczytany,  zafundował  mi  dylemat.  Dylemat  związany  z  noblistą.  Mario Vargas  Llosa  w  2010  roku  otrzymał  literacką  nagrodę  Nobla.  Za  sprawą  zięcia  trafiła  mi  do  rąk  książka  pt. "Zeszyty  don  Rigoberta".  Zięciulek,  jak  to  określił  "nie  mogąc  na  razie  przez  nią  przebrnąć",  pożyczył  ją  mnie.   Po  przeczytaniu  kilkudziesięciu  stron  tak  sobie  myślę:  czy  ta  książka  to  nie  jest  przypadkiem  kukułcze  jajo  podrzucone  mi  przez  niego,  albo  może  gdzieś  jeszcze  ukryte  jest  drugie  dno?
           Być  może  zięć  teraz  sobie  myśli:  czy  teściowa odrzuci  tę  książkę,  czy  może  dostanę  za  nią  opieprz.  Tymczasem  teściowa  ani  jej  nie  odrzuci,  ani  za  nią  nie  opieprzy,  po  prostu  przeczyta.   A  może   uważa  mnie  za  partnerkę  w  kwestii  literatury,  albo  zwyczajnie  oczekuje  opinii?.  Skłaniam  się  ku  temu  ostatniemu  i  przedostatniemu  przypuszczeniu.
          Dlaczego  zaczęłam  się  zastanawiać?  Dlatego,  że  książka  ocieka  wprost  erotyzmem,  powiedziałabym,  że  nawet  masochizmem  i  komiczną  perwersją.  Czyta  się  szybko,  czyta  się  nieźle  chociaż  mnie  zadziwia  i  zaskakuje  prostota  języka.
           Skoro  zięć  podsuwa  teściowej  taką  książkę,  to  wypada  się  zastanowić  jakie  pobudki  nim  kierowały.  Ale  co  tam,  jakie  kierowały  takie  kierowały,  ja  w  każdym  razie  czuję  się  bogatsza  o kolejne  doświadczenie  estetyczno - erotyczne.  Zachwycona  taką  literaturą  nie  jestem,  ale  to  także  literatura  piękna.  Skoro  dane  jest  mi  żyć  w  XXI  wieku,  wieku  wielu  swobód  i  skoro  jest  to  laureat  nagrody  Nobla,  to  powinnam  być  wdzięczna  zięciowi,  że  dzięki  niemu  mam  kontakt  z  "najwyższą  półką" ,  że  akceptując  taką  literaturę  nie  okazuję  się  być  zaściankowa  a  przede  wszystkim  za  to,  że  za  zaściankową  mnie  zięć  nie  uważa.

piątek, 31 maja 2013

Już pora.

    " Spójrz… Świat powoli poddaje się nocy… wszystko pogrąża się w ciemności… Już pora na sen… i choćby pogasły wszystkie światła… nie pozwól zasnąć nadziei… bo gdzieś na dnie tej ciemności… jest płomień, którego nie zgasi żaden wiatr "…
     Z  nieznanych  mi  powodów   większą  część  wpisu  trafił szlag,  nie  będę  go  pisała  po  raz  drugi.  Napiszę  tylko,  że  dzisiejszy  wieczór  jest  cichy,  ciepły  i  spokojny.  Tylko  ptaki  cichutko  jeszcze  kwilą  przed  zaśnięciem.  Wieczór  pogodny,  niczym  balsam  dla  duszy  i  skołatanych  nerwów,  a   balsam  to  pożywka  i  nigdy  nie  ma  go  w  nadmiarze.  Skołatane  nerwy  na  szczęście  mnie  nie  dotyczą,  dlatego  z  balsamu  korzystam  podwójnie.  Kocham  wiosnę,  wiosna  pachnie  i  dźwięczy  tak  pięknie.

poniedziałek, 27 maja 2013

Myśliwska natura.

           Cały  dzisiejszy  dzień,  nie  poszedł  zgodnie  z  planem.  Co  ja  mówię,  już  noc  była  nie  taka,  spałam  byle  jak  i  wstałam  zmęczona  jak  po wykopkach.  Jeździłam  na  wykopki  w  czasach  młodości,  więc  wiem  co  mówię.  Nie, żebym  jakąś  leciwą  staruszką  była, broń  Boże.  Tylko,  że  wtedy  jeszcze  do  04.06.1989  roku,  bardzo  daleko  było.  No  i  wzięłam  się  z  tym  trudnym  dniem   za  bary.  Sama  przed  sobą  pieścić  się  przecież  nie  będę  a,  że  fotonów   był   ci  dzisiaj  u  nas  dostatek, ( bo  dzień  był  słoneczny  więc  darmowa  fototerapia  zapewniona ),  to  i  samopoczucie  miało  szansę  się  poprawić.  Ciężko  było  bo  ciągle  "pod  górkę".  Tylko  co  z  tego,  że  pod  górkę,  że  ciężko  kiedy  w  środę  muszę  być  gotowa  na  przyjazd  moich.  Kiedy  w lodówce  światło,  a  w mieszkaniu?,  też  światło.  Sprężyłam  się  i  z  samego  rana  zrobiłam  duuże  zakupy.
            Przy  takiej  pogodzie  chciało  mi  się  też  pobuszować  w  ogródku.  Na  rabatkach  po deszczu  gaj  się  zrobił,  myślę  ja   sobie,  ziemia  taka  mięciutka  i  przekwitnięte  niezabudki  trzeba  usunąć,  piękna  robota  mogłaby  być.  Wyszłam  na  balkon,  spojrzałam  na  swoje  hektary  i  cofnęłam  się  z   powrotem.  Nie  dałam  rady,  ale ... ale  to  było  podejście  pierwsze.  Pozwoliłam  klapkom  w  mózgu  przemeblować  się  i ... było  podejście  drugie.  Tym  razem  skuteczne.  Niezapominajki  usunięte   i  zielepuch  trochę  również.
           Pracowałam,  a  Kajtek  na  balkonie  prosi  i  prosi  żebym  go  wzięła  do  ogródka.  Po  schodkach  sam  zejść  nie  potrafi.  Wzięłam  chłopczyka,  puściłam  luzem  i  pracuję  dalej.  Kajtek   biega,  czegoś  szuka,  do  pojnika  dla  ptaków  podbiegł,  krzaczki  bukszpanu  osikał,  doniczki  obwąchuje  a  ja  pracuję.  Kajtek  nadal  szuka,   nagle  szum , dziki  pęd  i  szczek  mojego  pieska  dobiegający  gdzieś  z  osiedla.  Co  wyczaił  i  co  pogonił  nie  mam  pojęcia. Wrócił  uspokojony  i  bardzo  z  siebie  zadowolony,  mój  niskopienny  pies  myśliwski. Naturalnie,  natychmiast  dostał  opieprz  od  pańci,  za  taką samowolkę.  Nie  wiem  co  z  tego  zrozumiał,  ale  kajał  się  i  przepraszał .  Rozwala  mnie  takim  zachowaniem,  mój kochany  maluszek.

niedziela, 19 maja 2013

Podglądanie.

         Nie  ukrywam  podglądam,  podglądam  namiętnie  przyrodę.  Ostatnio  usiłuję  uchwycić  moment  kiedy  to  "wieczorową  porą ",  najdłużej  bo  aż  do  zmierzchu  latające  jaskółki,  zastępują  zaczynające  latać  po  zmierzchu,  nietoperze.  Kiedy  dochodzi  do  zamiany  latającego  towarzystwa?  Kiedy  smukłe  ciało  jaskółek,  zostaję  zastąpione  krępym  ciałem  nietoperzy?  Mało  ambitna  obserwacja?,  a  guzik  prawda.  Cel  obserwacji  jeden,  a  trzy  różne  spostrzeżenia,  natomiast  wniosków  -  zero  i  żadnego  pomysłu  na  to,  od  czego  to zależy.  Nic  nie  jest  łatwe,  nawet  banalna  zdawałoby  się  obserwacja. I tak:
       1). Jaskółki  jeszcze  latają,  a  pomiędzy  nimi  latają  już  nietoperze.
       2). Jaskółki  przestają  latać  i  natychmiast  pojawiają  się  nietoperze.
       3). Jaskółki  przestały  latać  i  przez długi  czas  nie  ma  nietoperzy.
       Kurcze  od  czego  to  zależy?  Opisując  te  wieczorne  spostrzeżenia  myślę  sobie,  że  jestem  szczęśliwa  skoro  zaprzątają  mnie  takie  przyjemne  sprawy.  Tak,  ja  jestem  szczęśliwa,  zwyczajnie  po  ludzku  szczęśliwa  i  jest  mi  w tym  stanie  niewyobrażalnie  dobrze.
        Mam  jeszcze  jedno  spostrzeżenie,  nie  związane  z  wcześniej  postawionym  celem.  Otóż  wg  mnie,  jaskółki  to  ptaki  które  bardzo  głośno  zasypiają,  co  one  się  na  kwilą, co one  na kołują  zanim  zdecydują  się  na  sen,  to  głowa  mała. Poza  tym  są  to  moje  ulubione  ptaki.  Myślę,  że  za  sprawą  Calineczki,  bajki  wielokrotnie  czytanej  w  dzieciństwie,  bajki  przy  której  zawsze  płakałam,  co  tam  płakałam  ryczałam  jak  bóbr !!!.  Dlaczego  tak  się  mówi  "ryczałam  jak  bóbr"?.

środa, 15 maja 2013

Dmuchawce ...

         Dmuchawce,  latawce,  wiatr ...  Dmuchawców  było  jak  manny  z  nieba,  było,  bo  działo  się  to  w  niedzielę.  Znowu  muszę  napisać,  że  takiego  obrazka  to  ja  chyba  jak  żyję,  nie  widziałam.  Łąka  nie  skoszona  jest  jeszcze  do  dzisiaj,  ale  jest  spokój,  już  nic  się  nad  nią  nie  dzieje.  W  niedzielę  dmuchawce   były  olbrzymie,  dojrzałe  a  nawet  przejrzałe  i  wiatr  przenosił  ich  nasiona  na  różnych  wysokościach  i  w  różne  strony.  To  była  kulminacja  tego,  dla  mnie  niesamowitego  zjawiska,  może  się  egzaltuję  ale  to  był  naprawdę  niecodzienny  widok.  Szczerze  współczułam  alergikom.  Były  więc  dmuchawce  w  ilościach  niewyobrażalnych,  był  wiatr  ale  nie  było  latawców.  W  ich  miejsce  pojawiły  się  paralotnie,  takie  latawce  dla  tatusiów.  W  niedzielę  też  latały,  a  ja  przeżyłam  chwilę  grozy  bo  wydawało  mi  się,  że  w  jednej  z  nich  na  moment  zamilkł  silnik.
         Były  też  przez  weekend,  moje  dziewczyny.  Były  francuskie  suvieniry  i  jak  zwykle  było  fajnie.  Tylko,  że  po  ich  wyjeździe   w  niedzielny  wieczór,  dopadła  mnie  migrena  i  trzyma  ( ta  cholera )  do  dzisiaj.  Oj,  coraz  ciężej  mi  jest  z  tą  szlachecką  chorobą.  A  miało  być  na ... starość ... znośniej.

czwartek, 9 maja 2013

Ja pierniczę...

         Czas  niestety  nieubłaganie  upływa.  Natomiast  ja  nie  rejestruję  tego  upływu  w  realu?!  Kilkakrotnie  już  pisałam,  że  ogromne  zdziwienie  wzbudza  u  mnie  twarz  tej  pani,  która  patrzy  na  mnie  z  lustra.  Tym  bardziej,  że  do  lustra  zaglądam  może ... raz  dziennie?  Bo  jeśli  chodzi  o  mnie,  to  lustra  mogłyby  nie  istnieć.  Znowu  potwierdzam  swoją  teorię:  mało  jest  we  mnie  kobiety  w  kobiecie,  oprócz  naturalnie  atrybutów.  Tych  mam  akurat  obfitość.  Więc  zdziwienie  moje  jest  ciągle  ogromne,  że  czas  jednak  nie  stoi  w  miejscu.  Pisałam  też,  że  dopiero  spojrzenie  w  dowód  mówi  mi  (drukowanymi  literami ),  ile  to  ja  mam  lat!  A  wiadomo,  do  dowodu  zaglądam  jeszcze  rzadziej  niż  do  lustra. Codzienne  życie  przypomniało  mi  dzisiaj  okrutną  prawdę:  Alko,  ty  masz  yhy, yhy,  yhy ... lat!
         Jak  ja  dzisiaj  dostałam  w  kość.  Ja  pierniczę,  jak  ja  dzisiaj  dostałam. Praca  była  wprawdzie  nie  taka  zwykła,  codzienna  ale  też  nie  była  dla  mnie  pierwszyzną.  Nie  będę  się  rozpisywała,  bo  to  praca  cmentarna  była,  na  dodatek  okazała  się  być  bardzo  satysfakcjonująca.  A  że  dostałam  w  kaczy  kuper,  no  trudno.  Ale  Mamusia  i  Tatuś  mają  za  to  pięknie.
          Ciekawostka.  Dzisiaj  już  9  maja,  a  Kajtek  nie  ma  uczulenia!  Poza  tym  jak  słusznie  zauważył  mój  Brat  nie  ma  jeszcze  tych  okropnych  muszek,  od  ugryzienia  których  oboje  mamy  uczulenie.  Matko,  jakie  straszne  jest  to  uczulenie.  Na  samo  wspomnienie  wszystko  mnie  swędzi.

niedziela, 5 maja 2013

Inwazja.

          Tyle  już  lat  bezczelnie  podglądam  przyrodę,  ale  to  co  widzę  w  tym  roku,  przechodzi  moje  wyobrażenie ... ilości.  Ilość  chrabąszczy  jest  wyobrażalnie  niewyobrażalna,  astronomicznie  kosmiczna!  Spacerując  z  Kajtkiem  przechodzę  koło  małego  gaiku  leszczynowego,  co  tam  się  dzieje?  Gałęzie  i  młode  liście  dosłownie  oblepione  są  chrabąszczami  ślicznymi,  błyszczącymi,  dorodnymi. Wielkimi.  Inne  drzewa  też  są  nimi  oblepione. Ścieżka  przy  gaiku  usiana  jest  skrzydłami  i  odwłokami  chrabąszczy,  a  na  ścieżce  mrowie  kawek  i  gawronów.  Jak  żyję,  a  trochę  już  żyję,  czegoś  podobnego  nie  widziałam.  Tak  sobie  spaceruję  i  tak  sobie  myślę,  że  któreś  ogniwo  łańcucha  pokarmowego  już  się  załamało, bo  skąd  ta  inwazja  chrabąszczy,  a  któreś   jeszcze  się  załamie  w  wyniku  tak  ogromnej  ich  ilości  i  tak  ogromnego  przetrzebiania.
         Idę  sobie idę,  nagle  patrzę a  po ścieżce  "wędruje"  część  odwłoka.  Co  za  piorun  myślę,  po  chwili  zaskoczyłam,  że  pewnie  mała  mrówka  też  coś  z  tego  dobrodziejstwa  chrabąszczy,  chce  mieć.  Targała  ten  ciężar,  który  pewnie  będzie  musiała  pozostawić  przy  mrowisku,  bo  do  korytarza  się  z  nim  nie  zmieści.  Kajtka,  a  jak,  też  zapoznałam  z  chrabąszczem,  leżał  taki  na  grzbiecie  i  przebierał  nogami,  kazałam  Kajtkowi  go  powąchać.  Kajtuś  podchodzi  wącha,  a  chrabąszcz  cabach  odnóżami  za  nos,  Kajtek  prychnął  i   zaraz  uruchomił  łepek,  trzepnął  nim  energicznie  i  zwalił  chrabąszcza.  Dobrze,  że  chrabąszcz  ma  chitynowy  pancerzyk,  lepiej  niech  zginie  w  dziobie  ptaka,  a  nie  przez  upadek.
         Takie  oto  zachowania,  zaobserwowałam  dzisiaj  w  przyrodzie.  Jak  to  cudownie  jest  mieć  psa,  który  systematycznie  wyprowadza  cię ( czyli  mnie ) na  spacer.

czwartek, 2 maja 2013

Ruch to zdrowie.

        Dyrdymał  to  jakiś  jest.  Właśnie  dla  tej  zdrowotności  zeszłam  sobie  do  ogródka  i  co?,  jajco!  Wystarczyło  1,5 ha  pracy,  na  dodatek  takiej  estetycznej  bardziej  i  musiałam  się  zwijać,  bo  rozbolał  mnie  krzyż  i  plecy,  na  dodatek  bolą  mnie  do  tej  pory.  A  cóż  ja  takiego  robiłam?,  nic  wielkiego  -  wysiewałam  mieszankę  kwiatów  przyciągającą  motyle,  mieszankę  pnączy  żeby  kwitła  jak  już  powojnik  przekwitnie,  przetykałam  pędy  powojnika  przez  kratki, ucinałam  kwiaty  przekwitłych  tulipanów  żeby  nie  zapylały  się  krzyżowo,  to wszystko  sama  estetyka.  A  plany  miałam  dużo  większe,  ale  niestety  od  11 h.  jestem  unieruchomiona.
        A  pogoda  taka  fajna,  temperatura  znośna,  słońce  nie  dokucza,  wiatru  nie  ma  wprawdzie  kalendarz  biodynamiczny  niezbyt  korzystny,  ale  co  tam  kalendarz  ważne  są  endorfiny.  Tymczasem  nie  ma  endorfin  jest  ból.  Jest  ból  ponieważ  liczę  na  to,  że  dolegliwości  same  przejdą  i  to  jest  chyba  błąd.
        Zaobserwowałam  coś  co  przyprawiło  mnie  o  zdziwienie ... jaskółki,  które  kołują  już  po  niebie  z  radosnym  śpiewem  i ... chrabąszcze.  Po  raz  pierwszy  widziałam  i  jaskółki  i  chrabąszcze  29. kwietnia !!! Tegoroczna  długa  zima  wprawiła  przyrodę  w  jakąś  "polkę  galopkę". 

wtorek, 30 kwietnia 2013

Laicik.

         Takiego  spokoju  jak  obecny,  to  ja  już  dawno  nie  miałam.  Bardzo  długi  weekend  i  taki  laicik.  Żadnych  garów,  żadnych  wypieków  i  żadnych  rumieńców  z  tego  tytułu  na  twarzy,  tylko  stoicki  spokój  przerywany  grzebaniem  w  ziemi. W  poprzednich latach,  w  tym  wolnym  czasie  "wpadała"  do  mnie  koleżanka  z  synem.  W  tym  roku  nie  "wpadnie",  podzieliły  nas  różne  oczekiwania  dotyczące  relacji  koleżeńskich.  Kasia  też  nie  wpadnie,  bo  "buja  się"  po  Francji.  Ola  też  nie  wpadnie,  bo "leniuchuje" w  szpitalu.  No,  czyż  nie  laicik?  Trochę  mnie  jego  długość  przeraża,   bo  pustki  w  mieście  straszeczne,  nawet  na  parkingu  luzy.  Dlatego  zagospodarowałam  czas  inaczej  i  tym  razem,  to  ja  wyjdę  "do  ludzi".
         Będzie  grill,  będzie  piwo  i  łono  natury ( osobiście  nie  gustuję  w  takim  wypoczynku ),  ale ... raz  nie  zawsze,  dwa  nie  wciąż.  Tzn.  tak  ma  być  o  ile  pogoda  nie  pokrzyżuje  nam  planów,  bo  do dzisiaj  nas  nie  rozpieszcza. Impreza  może  być  też  pod  dachem,  ale  zdecydowanie  wolałabym  łono.  Ja  i  mój  pies  mamy  zaproszenie  z  noclegiem.  Wykorzystamy to.

sobota, 27 kwietnia 2013

Znowu długi....

           Mój  długi  weekend  trwa  już  sześć  lat.  W  tym  roku  osoby  pracujące,  przy  właściwej  kombinacji,  mogą  mieć  nawet  dziewięć  dni  wolnego.  No  i  moi  tak  właśnie  pokombinowali.  Wczoraj  wylecieli  do  Paryża. Wczoraj  padał  tam  wiosenny,  ciepły  deszczyk  co  wprawiło  Kasię  w  zachwyt,  a  i  dalszym  zachwytom  nie  było  końca.  Nie,  nie  nad  urokami  miasta,  tego  przecież  nie  zdążyli  jeszcze  poznać,  ale  nad  przyrodą.  W  Paryżu  jest  bardzo  ciepło,  bardzo  zielono  i  bardzo  kolorowo.  Zielone  drzewa  i  kolorowe  kwiaty  przy  właściwej  pielęgnacji,  odpowiedniej  dbałości   wyglądają   przepięknie.  Taką  ferię  barw  zobaczymy  dopiero  za  kilka  dni,  może  nie  będzie  taka  dopieszczona  jak  w  Paryżu,  ale  też  będzie.  Trochę  nam  niestety  brakuje  tej  społecznej  kultury,  ciągle  pokutuje  przekonanie,  jak  coś  nie  jest  moje  to  po  co ... po  co  o  to  dbać.  Wiosna  jest  tak  samo  piękna  w  każdym  zakątku  świata,  na  mojej  prowincji  też.
          Dzisiaj  Julka  ma  urodziny,  przypominam  sobie  nasze  świętowanie  sprzed  roku  i  trochę  za  mim  tęsknię.  Dzisiaj  mogłam  wysłać  jej  tylko  mms-a.  Dobrze,  że  moje  dziewczyny  odwiedziły  mnie  tydzień  temu,  to  przynajmniej  sprawa  prezentów  jest  czytelna.
          Urodziny  ma  również  mój  Przyjaciel,  któremu  największy  prezent  sprawiła  wnuczka...Alicja  przychodząc  wcześniej  na  świat.  Jutro  Alicja  z  mamą  wracają  już  do  domu.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Przeeeleciaaały.

         Przeleciały  dziewczyny  przez   mój   dom,  a  trwało  to  jak  mgnienie  oka.  Ja  nie  wiem  jak  to  jest  możliwe,  ale  tak  jest.  Spały,  jadły,  rozmawiały  i  myk,  myk  już  ich  nie  ma.  Miły  i  aktywny  weekend  przeżyłam,  na  dodatek  przy  pięknej  pogodzie.
         Najważniejsze  jednak  było  to,  że  "wpadła"  do  Polski  Iwonka  i  spotkałyśmy  się ... w kawiarni ... na lodach.  Dzięki  niej  i  dla  niej  "oderwałam  się  od  podłoża"  i  chociaż  na  krótki  czas  zerwałam  z  osiadłym  trybem  życia. Wspominała  kiedyś  nieśmiało,  że  może  jej  się  uda  przyjechać,  ale  niczego  nie  była  pewna.  Udało  się,  tylko  to  taki  ekspresowy  pobyt  i  ekspresowe  spotkanie.  Żeby  oddać  sprawiedliwość,  cieszę  się  chociaż  z  tego.  Zaprasza  mnie  do  siebie,  ale  jak  sobie  pomyślę  o  tych  5 - 6  godzinach  jazdy  to ... nie  jadę.  Ale  namawiaczy  do  tego  wyjazdu  mam  wielu.  Tylko  to  tak  trudno  przestać  być  polipem.  Zobaczymy,  do  lata  jeszcze  trochę  czasu.
         Oooogródek?,  a  no  ma  się  dobrze.  Kolorów  coraz  więcej,  nawet  Kasia  wróciła  do  domu  z  kwitnącymi  żonkilami  z  mojego  ogródka. Jutro  ciąg  dalszy  grzebania  w  ziemi  i  sadzenia  kwiatów,  Dostałam  od  Julki  bratki  w  niebiesko - granatowym  kolorze  i  cebule fioletowych  mieczyków.  Poza  tym  ma  trochę  nasion  do  wysiania.  Lubię  tę  robotę, a  endorfiny  po  tej  robocie  lubię  najbardziej.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Pomimo.

          Dzisiaj  tak  zniewalająco  pachniał  poranek,  że wprost  nie  chce  się  wierzyć  w  to,  że  kilka  dni  temu  leżał  jeszcze  śnieg  i  było  go  dużo.  Jest  pięknie,  wiosnę  można  odbierać  wszystkimi  zmysłami.  No  i  ja  ją  tak  odbieram.  W  końcu  jest,  ukochana  przeze  mnie  pora  roku.  Jeszcze  teraz  odczuwam  ten  ciężar  oczekiwania. 
          Prace  w  ogródku  posuwają  się ... tip topami.  Ziemia  jest  jeszcze  taka  zimna,  że  wczoraj  normalnie ... spieprzyłam,  bo  tak  zmarzłam  w  stopy.  Pąków  i  kwitnących  kwiatów  jest   coraz  więcej,  oczywiście  chwaściorów  jest  najwięcej!!!
          Pomimo  tego  uroku  dzisiejszego  poranka,  ze  mną  jest  coś  nie  tak.  Dzisiaj  jestem  w  opozycji  do  samej  siebie.  Kłócę  się  ze  sobą,  ryczeć  mi  się  chce,  boli  mnie  głowa  ale  najchętniej  walnęłabym  się  w  łeb,  tylko  zupełnie  nie  mam  pojęcia  dlaczego?.  Wszystko  jest  przecież  okey,  bardzo  okey.  Nie  podejrzewam  siebie  o  to,  że  wkurzam  się  na  to okey?  Stan  mojego  ducha  odbił  się  na  śniadaniu: biała  bułka  z  dżemem.  Bułkę  świeżutką  kupiłam  rano,  dżemik  własnej  roboty, słodziutki  jak  miodzio. A  bułek  tak  naprawdę  kupiłam dwie ... na drugie  śniadanie  też.  Coś  się  dzieje  ze  mną,  tylko  co?

niedziela, 14 kwietnia 2013

Pan Kos.

         Większość  wiosennych  poranków  mnie  zachwyca,  no i  dzisiejszy  również  to  zrobił.  Wszystko dzisiaj  było  cudne: błękitne  niebo,  rześkie  powietrze,  rosa  na  trawie  i ... przepiękny  śpiew  kosa.  Ten  czarny  ptaszek  z  pomarańczowym  dziobkiem  odśpiewał  całą  uwerturę.  Stałam  pod  drzewem  z  zadartą  głową,  słuchałam  i  podglądałam.  Kos  nie  siedział  sobie  zwyczajnie  na   nagiej  jeszcze  gałęzi  lipy  i  po  prostu  śpiewał,  on  się  cudownie  przy  tym  wdzięczył.  I  ogonek  i  skrzydełka  i  głowa  wszystko  było  w  tanecznych,  zalotnych  ruchach.  Szczęśliwej  adresatki  męskiego  ptasiego  śpiewu,  niestety  nie  widziałam.  Każdego  roku  zastanawiam  się  co  w  tym  śpiewie  kosa  jest,  że  tak  mami  bo  mnie  zwyczajnie  mami.  Tyle  różnych  dźwięków  ze  swojego   gardziołka  potrafi  wydobyć,  jak  orkiestra  z  wielu  instrumentów,  tylko  Pan  Kos  robi  to sam.  Przepięknie.
         Jak  to  dobrze,  że  mam  psa  który  wyciąga  mnie  na  spacery.  A  Kajtek  też  wiosenny,  świeżutko  wykąpany,  wyczesany  i  szczęśliwy.  Pomimo  tego,  że  systematycznie  wyczesywany  gubi  bardzo  sierść  i  całe  jej  mnóstwo  zostało  jeszcze  w  brodziku.  A  przecież  piesek  taki  mały  a  sierści  ma  tak  dużo.  Luuubi  się  kąpać  mój  jamniczek.  A  teraz  po  spacerze,  jeszcze  sobie  dosypia.  Skubany,  rano  mnie  wyciąga  z  łóżka  i  nie  obchodzi  go,  że  do  dokończenia  rozdziału  czytanej  książki  została  mi  jeszcze  strona.  Teraz  sobie  śpi,  a  ja  piszę  i ... wypełnia  mnie  szczęście.

piątek, 12 kwietnia 2013

Na panewce.

                   Dzisiejszy  harmonogram  moich  zajęć  spalił  na  panewce.  Niestety.  Miałam  zamiar  na  ciąg  dalszy  bezpośredniego  kontaktu  z  naturą,  ale  deszcz  mi  to  uniemożliwia.  Cieszę  się  chociaż  z  tego,  że  wczoraj  usunęłam  uschnięte  "badziewia"  z  roślin  i  poodsłaniałam  róże  i  hortensję.  Na  pierwszy  rzut  oka,  przezimowały  chociaż  ubytki  na  krzakach  są  widoczne.  Prawdziwy  obraz  strat  ukaże  się  później,  jak  wypuszczą  liście  i  zakwitną  kwiaty.  Dzisiaj  roślinki  opłucze  pierwszy,  ciepły  wiosenny  deszcz.  O  tym,  że  jest  ciepły  osobiście  się  przekonałam  na  porannym  spacerze  z  Kajtkiem.  Jak  dobrze,  że  mam  psa.
                  A  dzisiaj?  No  cóż  będę  robić  to  czego  nie  lubię,  przeglądać  odzież.  Spełnię  chociaż  dobry  uczynek  i  oddam  coś  ze  swoich  zasobów  dla  schroniska   św.  Brata  Alberta,  właśnie  przeprowadzają  zbiórkę.  Tym  bardziej,  że  św.  Brat  Albert Chmielowski   zresztą  franciszkanin,  zresztą  Polak  to  człowiek  który  grał  na  bardzo  bliską  mojej  naturze,  nutę.  Mam  nadzieję,  że  osoby  prowadzące  to  schronisko  mają  podobną  wrażliwość.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Doczekałam się.

          Nareszcie  pierwsze  dwie  godziny  obcowania  z  naturą,  mam  poza  sobą.  Co  to  za  przyjemność  po  tylu  miesiącach  bezczynności.  Nie  do  zniesienia  była  już  sytuacja,  kiedy  patrzyłam  w  kalendarz ,  na  upływające  dni  i  leżący  odłogiem  ogródek. Trochę  przeszkadzał  mi  dzisiaj  wiatr  i  musiałam  skończyć  wcześniej  niż  planowałam,  ale  jeszcze  niezbyt  wiele  prac,  oprócz  tych  porządkowych  można  wykonać.  Za  to  przez  całe  popołudnie  i  wieczór  palą  mnie  policzki  i  są  czerwone,  czego  pieruńsko  nie  znoszę,  a  po  plecach  lata  dreszcz.  Jutro  dalszy  ciąg  dostarczania  sobie  endorfin.
          W  ubiegłym  roku  o  tej  porze  ogródek  wyglądał  zupełnie  inaczej.   Dzisiaj  cieszyłam  się,  że  wyglądają  już  szafirki,  hiacynty   i  młode  pędy  ma  sasanka.  Oj,  czekanie  jest  okropne,  nawet  czekanie  na  wiosnę.  Kajtek  w  końcu  miał  też  przyjemność  wylegiwania  się  na  słońcu  i  obszczekiwania  wróbli.  Bo  te  oczywiście  uskuteczniają   wodne  kąpiele  i  stroszą  piórka,  hałasując  przy  tym  okropnie.  W  końcu  słyszane  jest  to  radosne  ptasie  hałasowanie.  Doczekałam  się. Kajtka  mają  za  nic,  a  to  przecież ... groźny  pies  myśliwski.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Radość....

           Radość  moja  jest  ogromna.  Trzeba  chyba  zacząć  trąbić,  że   w  końcu  jest  wiosna.  Wyraźnie  zaczyna  zasadzać  się  w  moim  ogródku. Przez  tyle  dni  wypatrywałam  krokusów,  aż  dzisiaj  dostrzegłam  pąki  kwiatów  nad  ziemią.  Zdziwiona  byłam  ogromnie,  bo  po kilkunastu  minutach  te  pąki  były  już  rozchylone.  Cudownie,  wprawdzie  kwitnie  dopiero  kilka  krokusów,  ale  na  kwitnienie  pozostałych  nie  będziemy  musieli  pewnie  długo  czekać.
          Przeszłam  się  pomiędzy  rabatkami,  a  chodzenia  mam  niewiele  bo  i  rabatek  jest  mało,  ale od  ubiegłego  tygodnia  zaszły  wyraźne  zmiany.  W  ubiegłym  tygodniu  były  pędy  na  powojniku  ( mam  nadzieję,  że  nie  przemarzły ),  a  dzisiaj   to  i  piwonia  ma  już  pędy  o  nabrzmiałym  bzie  nie  wspomnę.  Jeszcze  potrzeba  jakichś  dowodów  na  obecność  wiosny?  Chyba  nie,  ale  jeszcze  dorzucę ...  miodunka  kwitnie  i  to  już  przynajmniej  od  połowy  tygodnia.
          W  świecie  ptaków  poruszenie,  śpiewają,  budują  gniazda  i  kochają  się.  Na  niebie  coraz  większy  tłok,  masowo  powracają  kaczki  i  gęsi.  Ciekawa  jestem  czy  powrócą  te  które  kiedyś  zawróciły.  Och  wiosno,  w  końcu  chyba  jesteś,  ale  kurcze  ... długo  kazałaś  na  siebie  czekać.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Poranek .

          Dzisiejszy  poranek  jest  tak  piękny,  że  normalnie  zapiera  mi  dech  w  piersi. Temperatura  na  znośnym  dla  organizmu  minusie,  promienie  słońca  przedzierają  się  przez  chmury,  padają  na  śnieg  i  dzięki  nim  pojawia  się  oślepiająca,  kłująca  oczy  aż  do bólu,  biel.  Tylko  co  z  tego,  że  jest  tak  pięknie  skoro  jest   to  poranek  zimowy!   W  kwietniu  cała  półkula  północna  czeka  już  na  poranki  wiosenne!
          Pomimo  wszystko  wiosna  nadejdzie,  czuć  ją  już  w  ptasim  śpiewie.  Coraz  więcej  ptasich  głosów  się  odzywa,  coraz  więcej  ptasich  chmar  się  pojawia. Tylko  tak  szkoda,  że  muszą  walczyć  z  naturą  o  przetrwanie. Muszą  dać  radę!  Ciągła  walka  trwa  w  przyrodzie,  ciągła  walka  trwa  w  życiu.
          Jak  dobrze  mieć  psa  i  poranne  psie  obowiązki.  Gdyby  nie  on ... Kocham  psa,  kocham  te  obowiązki  i  kocham  przyrodę.  A  podglądanie  przyrody,  to  wręcz  moja  pasja.
          Dzisiejsze  piękno  poranka,  odpłacam  niestety  bólem  głowy.  Trudno.  Niestety.  Szlag  by  to  trafił.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Prima aprilis - 2013 r.

               Rozpoczyna  się  drugi  dzień  Świąt  Wielkanocnych,  takich  trochę  dziwnych Świąt.  A  dzisiejszy  dzień  jest  szczególnie  dziwny,  nawet  bardzo  dziwny,  powiedziałabym  niezwykły  w  swoim  dziwactwie.  Ja  takich  Świąt  nie  pamiętam.  Zwykle  te  wiosenne  Święta,  o  letnim  już  czasie,  witają   nas  kolorami  wiosennych  kwiatów.  Czasami  jest  tych  kolorów  mniej  ( jak  powinno  być  w  tym  roku ),  kiedy  Święta  są  wcześniejsze,  czasami  jest  ich  więcej  jeżeli  Święta  przypadają  pod  koniec  kwietnia. Tegoroczne  nie  myślą  o  kolorach,  tegoroczne  nadal  skąpane  są  w  bieli,  zero  innych  barw  tylko  przytłaczająca  już  w  tej  chwili,  biel.
            Dowcip  a  może  pewien  smaczek  tegorocznej  natury,  sam  nasuwa  się  na  myśl.  Drugi  dzień  Świąt  Wielkanocnych,  to  lany  poniedziałek  zwykle  lany  wodą.  Dzisiejszy  lany  poniedziałek  odbędzie  się  na  śnieżki,  które  po  roztopieniu  jakąś  tam  wodę  dają,  a  zbyt  twarde  mogą  zrobić  krzywdę.  Na  dodatek  tegoroczny  poniedziałek  wielkanocny  przypada  na  pierwszy  dzień  kwietnia,  a  więc  popularny  prima  aprilis.
            Można  byłoby  siląc  się  na  dowcip,  powiedzieć:  niezłego  psikusa  wykręciła  nam  przyroda  na  prima  aprilis.  Jednak  kiedy  spojrzę  za  okno  i  widzę  prószący  śnieg  to  wiem,  że  to  nie  jest  żaden  psikus  to  jest  rzeczywistość,  tym  razem  biała. 
Pytam:  dlaczego  to  nie  jest  jednak  prima  aprilis? 
Stwierdzam:  zima  w  drugi  dzień  Świąt  Wielkanocnych,  to  koszmarna  rzeczywistość.
Słyszałam:  zima  podobno  ma  jeszcze  trwać  i  trwać,  przynajmniej  do  końca  kwietnia.  I  to  też  nie  jest  prima  aprilis,  tak  mówią  meteorolodzy  zamknięci  na  Spitsbergenie.
Żartuję:  niezłe  jaja,  wcale  nie  wielkanocne,  wykręciła  nam  przyroda  z  tą  zimą  na  wiosnę.
Mam  nadzieję:  że  flora  i  fauna  zdoła  wszystko  nadrobić.
          Tylko  rodzime  ptaki  próbują  wiosennych  harców,  bo  te  wędrowne...nic  z  tych  dziwactw  przyrodniczych  nie  rozumieją.

piątek, 29 marca 2013

Wielki Piątek - 29.03.2013 r.

                    Za  oknem  bielusieńko  i  śnieg  nadal  pada..  Wygląda  jakbyśmy  zbliżali  się  do  Świąt  Bożego  Narodzenia,  a  nie  Wielkiej  Nocy.  Wszystko  jest  podobno  winą  Papieża  Franciszka,  wydał  Dekret,  że  " Zima  ma  trwać  od  Świąt,  do  Świąt ".  Ot, taki  żarcik  usłyszałam  dzisiaj  rano,  od  sąsiada.  Do  tej  pory  wszystko  było  winą   Tuska,  a  teraz  pozyskał  samego  Papieża  do  podziału  win.  Ten  (tzn.  Tusk),  ten  to  ma  koneksje  i  plecory,  gdzieś  tam  u  góry ( teraz  to ja,  pozwoliłam  sobie  na  żarcik ).
                    Jak  zwykle  zrobiłam  dzisiaj  sałatkę  wielkopiątkową,  tradycyjną  w  naszej  rodzinie,  przekazywaną  pokoleniowo. Pamiętam  jak  robiła  ją  Babcia,  potem  Mama,  teraz  ja  ją  robię,  no  i  Kasia  również.  Nie  wszystkim  jednakowo  smakuje,  ale  nam  bardzo.  Co  roku  jest  smakowo  inna,  bo  zupełnie  zatraciły  się  gdzieś  proporcje,  tylko  składniki  są  takie  same:  ziemniaki  gotowane  w  mundurkach,  kiszona  kapusta  i  śledź,  sałatka  oczywiście  na  oleju. Smak  uzależniony  jest  od  dominującego  składnika. Upiekłam  już  mazurka  i  keks,  trochę  taki  z ułatwieniami,  a  przede  mną  jeszcze  serowy  wieniec  wielkanocny.  I  na  dzisiaj  spokój. W mieszkaniu  lekki  sajgonik,  ale  jakoś  to  będzie.  Mam  taką  nadzieję,  oczywiście.  Tylko  nie  od  dzisiaj  wiadomo,  że  jedynie  oczywistość  jest  oczywista.  Pozostaje  mi  więc  nadzieja,  a  nadzieja  to  matka  itd...itd... itd... Gdybym  się  uparła  to  mogłabym  ciągnąć  temat,  ale  się  nie  uprę,  bo  muszę  skończyć  pieczenie.
                    Ciekawe,  czy  przykica  do  mnie  przez  te  śniegi  zając,  ciekawe  co  mi  w  tym  roku  przyniesie?  Ale  byłyby  jaja  i  to  wcale  nie  wielkanocne,  gdyby  przyniósł  narty.
                     Spokojnych  i  radosnych  Świąt  Wielkanocnych.

środa, 27 marca 2013

Zdjęcie....

                 Okrutna  prawda  zamknięta  jest  w  zdjęciach.  W  moim  wieku  i  wieku  moich  przyjaciółek  to  nie  Cyganka,  ale  zdjęcie  prawdę  Ci  powie.  Własnym  oczom  nie  wierzyłam.  Siedzę  sobie  przy  herbacie  z  moją  najlepszą,  rozmawiamy  o...byłych  i  obecnych,  naturalnie  czasach.  Swobodę  mamy  pełną,  bo  jej  mąż  wyszedł  na  długi  spacer  z  psem.  Nagle  mówi,  że  musieli  wymienić  dowody,  bo  zmienił  im  się  po  latach  numer  domu (?).  Pokazała  mi  swoje  zdjęcie,  nówkę  do  dowodu,  a  ze  zdjęcia  spoglądała  na  mnie ... babcia.  Wstrząsnęło  mną,  ja  przecież   rozmawiam  z  dziewczyną  z  którą  zaprzyjaźniłam  się  43  lata  temu.  Młodą,  fajną,  inteligentną.
                 Dotarło  do  mnie,  że  tak  samo  jak  ona  i  ja  się  musiałam  zmienić.  To  prawda,  fizycznie  jestem  30  kg  starsza,  ale  psychicznie?  Psychicznie  ciągle  jestem  młoda,  chyba  że  coś  mnie  "dopadnie",  na  szczęście  ostatnio  nie  dopada.  Jestem  szczęśliwa.  Dotarło  do  mnie,  że  sami  zafałszowujemy  rzeczywistość.  Tylko  jak  to  się  dzieje,  czy  obraz  który  powstaje  w  mózgu  od  razu  jest  fałszywy?  Co  sprawia,  że  mój  odbiór  mojej  najlepszej,  nie  jest  taki  jak  jej  wygląd  na  zdjęciu?
                Ciekawa  i  intrygująca  sprawa,  ale  myślę,  że  wszystkich  bliskich  odbieramy  w  podobny  sposób.  Nie  zastanawiałabym  się  nigdy  nad  tym,  ale  skoro  doświadczyłam  takiego  paradoksu  to  muszę  się  nad  nim  zastanowić!? Moi  bliscy  są  wg  mojego  postrzegania  ciągle  młodzi,  fajni  i  inteligentni.  Idąc  tym  tokiem  rozumowania,  ja  dla  nich  pewnie  też.  I  to  mnie  cieszy.

" Amełyka ".

           Muszę  wrócić  do  mojego  pobytu  w  "dużym  mieście"  i  to  nie  za  sprawą  seksu,  ale  kultury.  Zrobiłyśmy  sobie  z  Kasią,  nawet  nie  babskie  tylko  dziewczyńskie  popołudnienko.  Miałam  ochotę  obejrzeć  "Baczyńskiego",  akurat  wszedł  na  ekrany.  Przy  okazji  przeleciałyśmy  przez  galerię,  dosłownie,  w  drodze  z  parkingu  i  na  parking.  Galerie  to  nie  moje  klimaty,  chodzę  wyłącznie  wtedy  kiedy  chcę  coś  kupić  i  to  do  określonego  sklepu.  Nie  lubię  łażenia  i  bezsensownego  oglądania,  dla  samego  oglądania.  Mało  we  mnie  w  tej  kwestii  kobiety,  ale  nie  narzekam,  żeby  była  jasność.
            Kupiłyśmy  bilety  i  Kasia  mówi  do  mnie:  mami  teraz  do  kina  kupuje  się  nachosy,  kupiłyśmy  nachosy  i  colę  w  plastikowym  pojemniku  dużą,  ale  z  dwoma  słomkami.  Kurcze,  zafundowała  mi  takie  pikantne  nachosy,  że  długo  ziałam  ogniem.  Na  szczęście  zjadłyśmy  to  coś,  na  reklamach  przed  filmem,  bo  chyba  bym  się  wściekła  gdyby  przyszło  mi  je  chrupać  podczas  projekcji.  Naturalnie  nie  chrupałabym.  "Amełyka"  pomyślałam  sobie,  teraz  to  już  nie  tylko  pop corn  i  coca  cola.  O  miętusach  w  szeleszczących  papierkach,  zapomnij.  Ten  szelest  papierków,  ten  to  dopiero  wkurzał. Film,  dokument  na  tle  powstania  warszawskiego  i  poezji  Baczyńskiego,  absolutnie  mnie  ujął.  
           Dzisiaj,  u  siebie  na  prowincji,  poszłam  odebrać  z  pralni  chemicznej  2  spódnice.  Spódnice  wyprane  i  wyprasowane,  wiszą  na  2  ramiączkach.  Pani  podchodzi,  bierze  duży  foliowy  ochraniacz  i  wkłada  do  niego  te  2  spódnice  z  ramiączkami.  Zdziwiona  pytam,  czy  tak  się  teraz  odbiera  rzeczy  z  pralni?  Tak,  odpowiada,  wystarczy  powiesić  do  szafy.  "Amełyka",  myślę  sobie,  "Amełyka"  dotarła  na  prowincję.  Co  za  kultura. Tak  to  dzięki  kulturze  powstał ten post.

poniedziałek, 25 marca 2013

Trudne powroty.

                  Tydzień  poza  domem  bardzo  dobrze  mi  zrobił.  Podładowałam  akumulatory  i  właściwie  mogłabym  przygotowywać  się  do  Świąt,  ale  jeszcze  nie  będę  bo  mi  się  nie  chce.  Nawet  nie  przez  to,  że  może  akumulator  jest  niedoładowany,  ale  przez  tę  za  przeproszeniem  a  właściwie  bez  przeproszenia,  upierdliwą  zimę  za  oknem.  Jest  pięknie,  biało,  bezwietrznie,  mroźno  i  słonecznie,  tylko  dlaczego  w  ostatnim  tygodniu  marca,  do  piernika  jasnego!?
                  Na  dodatek  kiedy  słyszę  te  złowieszcze  prognozy,  że  możemy  spodziewać  się  3,  a  nawet  2  pór  roku : ostrych  zim  i  upalnych  lat,  to  skóra  mi  cierpnie.  Zniknie  ukochana  przeze  mnie  wiosna  i  lubiana  jesień,  znikną  najpiękniejsze  pory  roku?  Lato  i  zima?  To  nie  dla  mnie,  nie  znoszę  mrozów  i  źle  się  czuję  podczas  upałów.  Trzeba  się  będzie  "zawijać"  z  tego  świata  a,  że  w  ten  drugi  nie  wierzę,  popadnę  w  niebyt  i  już.
                 Wracając  do  domu  jechałam  przez  ponad  sto  kilometrów.  I  co?,  na  "całej  połaci  śnieg",  śnieg  i  nic  więcej,  nie  było  nawet  saren,  które  mają  przy  trasie  swoje  żerowiska.  Nic  tylko  ta  oślepiająca  bielą,  połać.  O,  przepraszam  były  panienki,  umilające  czas  kierowcom.  Panienkom  nawet  sroga  zima  nie  jest  straszna,  biznes  to  biznes.
                  Monotonna  chociaż  piękna  jest  ta  połać.  Rozgrywają  się  na  niej  też  dramaty,  na  własne  oczy  widziałam  samotną  kaczkę  prawdopodobnie  przymarzniętą   do  śniegu,  pewnie  zostanie  w  nim  już  na  zawsze.  Trudne  powroty  mają  ptaki  w  tym  roku,  są  zdezorientowane,  niektóre  nawet  wracają  na  południe.  Przyroda  wykręciła  paskudny  numer.  Podobno  idzie  już  ku  lepszemu,  a  nawet  dobremu.  Tylko  ile  jest  w  tym  prawdy,  skoro  w  pogodzie  zmiany  zachodzą  tak  dynamicznie (dynamicznie,  ostatnio  ulubione  słowo  synoptyków ).

czwartek, 21 marca 2013

Wiosna.

            Wczoraj  o  12:02  obwieszczono  nadejście  wiosny,  tak  obwieszczono  bo  ona  totalnie  wypięła  się  na  nas,  ta  wiosna  astronomiczna.  Wiosna  kalendarzowa  nastała  dzisiaj  i  wcale  nie  jest  lepsza,  właśnie  w  tej  chwili  funduje,  spragnionym  zieleni,  kolejną  dostawę  białego  śniegu.  Jaja  jakieś  sobie  normalnie  robi.  Nie  znoszę  zimy,  a  tegoroczna  jest  normalnie  i  za  przeproszeniem  do  wyrzygania.  Najgorsze  jest  to,  że  prognozy  wcale  nie  są dla  nas  i  przyrody  łaskawe,  niektóre nawet   przewidują  trwanie  zimy  do  połowy  kwietnia.
              Zastanawiam  się,  czy  w   tym  roku  będzie  nam  dane  widzieć,  kwitnące  krokusy? Teraz  właśnie  jest  ich  czas,  czy  zdążą  zachwycić  nas  żonkile,  narcyzy  i  tulipany? Przebiśniegom  tylko  udało się  przechytrzyć  pogodę.  Krótko  cieszyły  nas  swoją  delikatną  urodą,  bo  naturalnie  przykrył  je  śnieg.
               Julka  ma  frajdę  ze  śniegu,  łazi  po  nim  jak  bocian  po łące.  Natomiast  nie  cieszy  się  z  niego  absolutnie,  mój  krótkonogi  jamniczek  i  najchętniej  przemieszcza  się  na  moich  rękach.  "Byle  do  wiosny"  tak  powtarzałam  chcąc  poprawić  sobie  nastrój,  zresztą  pewnie  nie  tylko  ja.  Jak  od  dzisiaj   powinnam  mówić?  Mówić  coś  muszę,  bo  załapię  "doła".  Jak  dobrze,  że  chociaż  dnie  są  dłuższe.
            

piątek, 15 marca 2013

Na przekór.

                   Zdeterminowana  zima  nie  pozwala  nam  zapomnieć  o  sobie.  Świeże  dostawy  śniegu  odbywają  się  prawie  codziennie.  Flora  w  zdecydowanej  większości  jeszcze   milczy,  natomiast  fauna,  fauna  nie.  Któregoś   dnia  z  nieukrywaną  radością  podglądałam  zaloty  pana  gawrona,  do  pani  gawronowej.  Zaloty  były  udane,  bo  skonsumowane.  Jak  one  pięknie  baraszkowały,  jakby  odbywało  się  to  na  zielonej  trawie,  a  nie  na  10-ciu  centymetrach  zimnego,  białego  puchu.
                    Tak  więc  na  przekór  "białej  damie"  ptaki  nie  próżnują.  Szczęśliwe  były  bardzo,    radośnie  trzepotały  skrzydełkami  przed  aktem  i  po  akcie.  Pani  gawronowa  najprawdopodobniej  cieszyła  się,  że  ma  zapłodnione  jajeczko  a  pan  gawron,  że  zdołał  przekazać  doskonały  materiał  genetyczny.  Natomiast   wspólnie  cieszyli  się  pewnie  z  tego,  że  "trafili"  na  siebie  i  dzięki  temu  utrzymają  ciągłość  gatunku.
                  Ja  myślę,  że  one  sobie  tak  myślą,  chociaż  powszechnie  znane  jest  powiedzenie  "ptasi  móżdżek".  Ooo,  a  ono  w  bardzo  złym  świetle  stawia  ptaki.  Tylko,  czy  jest  na  pewno  sprawiedliwe?

Osaczona.

                   Tytuł  posta  taki  z  gatunku  horroru,  taki  trochę  przesadzony.  Czuję  się  jednak  osaczona  problemami  zdrowotnymi  i  rodzinnymi  swoich  przyjaciół.  Trwa  to  już  ponad  dwa  tygodnie,  na  szczęście  już  coś  tam  się  rozwiązało,  a  coś  ku  rozwiązaniu  zmierza.  Jestem  bardzo  empatyczna,  chyba  za  bardzo  i  chłonę  wszystko  jak  gąbka.  Tylko  nie  mogę  być  inna,  a  nawet  nie  chcę, skoro sama  oczekuję  zainteresowania  swoimi  sprawami  jeżeli  się  z  nich  zwierzam,  nawet  jeżeli  wydają  się  "błahe". 
                  Przyjaźń  wymaga  poświęcenia,  cierpliwości  i  przegadywania  spraw  które  nas  dręczą  i  ranią,  które  nas  zaskoczyły  i  których  nie  rozumiemy.  Dlatego  muszę  mieć  czas  i  cierpliwość  dla  osób  które  mi  zaufały.  Zdecydowanie   gorsze  byłoby  takie  odczucie  przyjaciółki,  że  nie  może  na  mnie  liczyć,  że  nie  mam  siły  i  ochoty  na  kolejną,  kolejną  i  następną  podobną  rozmowę.  Nie  jest  sztuką  przyjaźń  kiedy  wszystko  jest  cacy,  sztuką  jest  trwać  przy  sobie  jak  jest  be.  Tym  bardziej,  że  po  tylu  latach  życia  mam  przy  sobie  te  najbardziej  lojalne,  sprawdzone  i  najwierniejsze  z  wiernych  przyjaciółki.
                    Na  szczęście  u  mnie  na  każdym  polu  jest  cacy,  chociaż  jak  diabeł  święconej  wody  boję  się  choroby.  Dzisiaj  przyjeżdżają  młodzi,  w  niedzielę  wracamy  razem  i  będę  miała  tydzień  "przedświątecznych  wakacji". 

piątek, 8 marca 2013

Spełzł plan.

                   Miałyśmy  plany ...,  że zrobimy  sobie  babiniec  na  8  marca,  czy  może  raczej  kobiece  party  to  będzie. Okazało  się, ani  babiniec  ani  kobiece  party.  Plany  mają  to  do  siebie,  że  lubią  spełznąć  na  niczym,  nasz  plan  tak  właśnie  spełzł. Obiektywne  przeszkody  pokrzyżowały  plany  moim  koleżankom,  a  tym  samym  i  mnie.  Trudno,  mam  nadzieję,  że  jeszcze  niejeden  dzień  8  marca  przed  nami.
                    Na  konto nieudanego  party,  zrobiłam  przegląd  posiadanego  w  domu  alkoholu.  Wow,  przerosło  to  moje  oczekiwania.  Napotkałam  na  tym  przeglądzie  mini  buteleczkę  wina  musującego.  Nie  zastanawiałam  się  zbyt  długo  i  rozprawiłam  się  z  jej  zawartością.  Dobrze,  że  tylko  tak  to  się  skończyło,  chociaż  cały  wieczór  jeszcze  przede  mną.  Czy  coś  jeszcze  się  zdarzy,  nieprzewidywalnego  naturalnie,  bo  przewidywalne  nie  ma  takiego  smaczku  i  jest  przewidywalne.
                   Tymczasem  znowu  wiatr,  znowu  przymrozek,  znowu  śnieg.  Może  dobrze,  że  pada  bo  przynajmniej  sterczące  ponad  ziemią  pędy  krokusów,  tulipanów  i  narcyzów  nie  przemarzną.  Ciężko  w  tym  roku  przyrodzie,  pewnie  tak  samo  ciężko  jak  ludziom.  Mój  ogródek  jest  jeszcze  bardzo  ubogi,  kwitnie  dopiero  kilka  przebiśniegów.  Gdzie się  podziały  krokusy,  gdzie  pierwiosnki.  Jeszcze  cisza.
                   

niedziela, 3 marca 2013

Sen.

                   Śniłam  dzisiaj  pięknie.  Śniłam,  że  nie  jestem  emerytką  i  jest  rozpoczęcie  roku  szkolnego.  Jestem  w  pięknej  szkole, słońce  wpada  przez  duże  okna  i  rozświetla  szerokie  korytarze  w  pistacjowym  kolorze.  No i  ja  w  jasnym  kostiumiku,  w  butach  na  obcasach  "lekko  biegająca" po pietrach.
                   Cudny sen,  młodzież  dorodna  i  uśmiechnięta  i  okazuję  się,  że  zawód  wcale  nie  taki  sfeminizowany.  Panów  owszem,  owszem  a  co  jeden  to  lepsze  "ciacho".  Jednego  zapamiętałam  szczególnie,  wpadł  mi  w  moje  śniące  oko. Włosy  siwiejące  z  falą  "ala"  Mikulski,  figura  i  ubiór  faceta  z  wybiegu,  w  stylu  eleganckiego  sportowca.  Kurcze  ale  ten  facet  piękny  był,  cały  w  popielatym  kolorycie.  Ależ  ja  lubiłam  swoją  pracę,  lubiłam  przez  młodzież,  a  nie  facetów.  Żeby  była  jasność.  Z  Kasi  jest  podobna  "wariatka",  kocha  to  co  robi.  Można  byłoby  powiedzieć,  że  z  mlekiem  matki  to  wyssała,  a  przecież  nie  wyssała.
                    Po  wczorajszym  prawdziwie  wiosennym  dniu,  dzisiaj  jest  jesiennie.  Pochmurno,  przed deszczowo,  chłodno  i  wietrznie. Na  niebie  widziałam  smukłe  sylwetki  trzech  ptaków,  z długimi  szyjami  i  nie  wiem  co to  było. Leciały  cicho  i  w  tym  cały  problem,  może to  bociany?