niedziela, 29 lipca 2012

Cudowny.

                  Obudził  mnie  dzisiaj  cudowny  dźwięk  kropel  deszczu  uderzających  o  rolety.  Po  tylu  dniach  afrykańskich  upałów  to  cudowny  dźwięk.  Pada  sobie  teraz  równą  stróżką,  na  tyle  intensywną,  że  Kajtek  tylko  przestąpił  próg  domu  i  zrobił   2X  sik,sik   pod  żywopłotem  i  wrócił ... jak  baletnica.  Delikatniusi  ten  mój  Kajtuś ( podobnie  jak  pańcia,  zresztą ).
                   Temperatura  powietrza  jeszcze  wysoka  i  daleko  jej  do  23 st.  jakie  na  dzisiaj  zapowiadano.  Cudowny  deszczyk,  zbawienny  dla  spragnionych  roślin.  Domowe  rośliny  też  "podstawiłam",  niech  maja  naturalne  SPA.  Jutro  może  w  końcu  wyląduję  w  ogródku,  przy  pracach  przyziemnych,  chociaż  to  sprawa  nie  do  końca  pewna.  Ogródek,  ogródek  no  co  ogródek,  ogródek  po  prostu  zaniedbany,  bidulek.
                    Jutro  rano  obowiązkowo  jeszcze  weterynarz  i  nadzieja,  że  to  będzie  koniec  leczenia   Kajtka,  przynajmniej  na  ten  czas.  Potem  czy  będzie  jeszcze  ochota,  odpowiednia  pogoda  i  odpowiedni  nastrój  na  pracę  w  ogródku?  Bóg  jeden  raczy  wiedzieć,  o  ile  naturalnie  jest.  Ja  jeszcze  nie  wiem,  ale  planuję  bo  dobrze  jest  planować.
                    Tak  bym  chciała  przeżyć  jeszcze  kiedyś  jakiś  "spontan",  ale  nie  ogródkowy ... wiadomo ... przecież.

sobota, 28 lipca 2012

Jak żyć?

                   "Noce  takie  są  upalne  i  słowiki  spać  nie  dają,  a  pod  oknem  mojej  izby  jakieś  pieski  ujadają..."  " Troszku"  sparafrazowałam  piosenkę,  chyba  Zuli  Pogorzelskiej.  Jednak  moje  pytanie,  nie  zbyt  zresztą  serio,  nie  jest  sparafrazowane:  Jak  żyć,  Panie  Premierze?   Kolejna  upalna  i  nieprzespana  noc,  a  mieszkanie  bez  klimatyzacji?  Jak  żyć,  Panie  Premierze?   Kiedy  mój  pies  po  raz  kolejny  ma  zapalenie  skóry  i  znowu  latam  do  weterynarza?
                   Trafił  mi  się  pies  alergik,  niewyobrażalny  alergik.  Uczula  go  nawet  trawa.  Chłopczyk  ma  tak  niskie  podwozie,  że  nieuniknione  jest  ocieranie  się  o  trawę.  Jest  taka  piosenka  studencka,  naturalnie o jamniku, ale  na  dzisiaj  piosenek  wystarczy.  Podczas  mojej  nieobecności  Kasia  jeździła  do  weterynarza  bo  miał  zapalenie ... napletka.  Teraz  zapalenie  skóry,  po  raz  kolejny  zresztą.  Pomyślałam  sobie,  że  może  dlatego  był  podrzucony  do  sierocińca,  ponieważ  poprzedni  właściciele  nie  mogli  opanować  tej  alergii? Podjęłam  decyzję  i  zrobię  mu  testy  skórne.  Nie  może  być  leczony  tylko  objawowo.  To  taki  kochany  piesek  jest   i   nie  powinien  cierpieć.  Pieski  mniej  kochane,  też  cierpieć  nie  powinny.
                 Podczas  mojej  ponad  dwutygodniowej  nieobecności   Kasia  go  niewyobrażalnie  rozbisurmanila,  np.  jak  tylko  pańcia  zmierza  do  łóżeczka  to  pieseczek  za  nią.  Jak  żyć,  Panie  Premierze?   Tak  po  prostu,  tak  bez  żadnych  skrupułów,  pies  gramoli  się  do  łóżka?!  Kiedy  ją  zapytałam - czy  z  nim  spała,  roześmiała  się.  Wystarczyło  mi  to  za  odpowiedź.
                  Poza  tym  jestem  niewyobrażalnie  happy  woman. Chyba  już  nawet  wygasiłam  czerwoną  lampkę,  tę  z  tyłu  głowy.  Żeby  tylko  nie  było  wielkiego  BUM.

piątek, 27 lipca 2012

Pogaduchy.

                   Przez  trzy  dni,  trzy  pokolenia  kobiet  prowadziło  babskie  pogaduchy.  Nie  do  końca  jestem  przekonana,  czy  świat  bez  mężczyzn  byłby  piękny  ale  wiem,  że  te  trzy  dni  bez  nich,  były  naprawdę  piękne. Mogłyśmy  folgować  naszemu,  kobiecemu  punktowi  widzenia  i  cieszyć  się  niczym  nie  zakłóconym  obcowaniem  ze  sobą.
                   Podejrzewam  jednak,  że  świat  staje  na  głowie.  Wszystko  się  poodwracało.  Córka  doradza  matce  w  kwestii  absztyfikanta,  a  wnuczka  oferuje  pomoc  przy  tłumaczeniu  meilli  od  niego.  Jej  oferta  nie  zasłużyła  na  śmiech  z  jakim  spotkała,  ta  bardzo  poważna  propozycja  brzmiała - babciu,  może  ci  przetłumaczę?  Słodka  kruszynka.
                   Babka  też  starała  się  stanąć  na  wysokości  zadania.  Wprawdzie  niezbyt  cierpliwie,  ale  uczyła  się  wszystkich  "klepanek"  o  rybkach,  marsjanach  i  innych  dziwadłach.  Nie  było  zmiłuj  się,  jeden  błąd  i  zabawa  leci  od  początku.  Rety,  można  ocipieć.  No  cóż,  to  jest  urok  bycia  babcią.  Mam  mądrą  i  piękną  wnuczkę,  którą  bardzo  kocham,  kocham  też  moją  córkę.  Nie  kocham  zięcia,  ale  i  on  małymi  kroczkami  zdobywa   moje  serce,  centymetr  po centymetrze.
                

czwartek, 26 lipca 2012

Jest taki dzień.

                   To  dzisiejszy  dzień,  o  którym  przysłowie  mówi:  "Od  świętej  Anki,  chłodne  wieczory  i  zimne  poranki".  Moja  bratowa  ma  dzisiaj  imieniny.  Wesolutka  była  jak  skowronek  kiedy  rano  składałam  jej  życzenia  pomimo  tego,  że  podłapała  półpasiec.  Dzisiaj  jest  już  dobrze  bo  to  stan  zejściowy,  ale  cierpiała  bardzo.  Najbardziej  przykre  jest  to,  że  musieli  zrezygnować  z  wyjazdu  na  urlop.  Niestety  planów  nie  da  się  już  powtórzyć,  przynajmniej  w  tym  roku.
                  Spiekota  była  dzisiaj  niewyobrażalna. Jutro  ma  być  podobnie  i  wczoraj  już  tak  było. Właśnie  wróciłam  z  wieczornego  spaceru  z  Kajtkiem,  na  ciemniejącym  niebie  świeci  połówka  księżyca,  jest  czerwona  i  lekko  przesłonięta  filuterną  chmurką,  wieczór  upalny  jak  środek  dnia. Komarzyce  pracowicie  uwijają  się  i  tną  niemiłosiernie,  pomimo  tego  Kajtek  próbował   wymóc  na  mnie  dłuższy  spacer.  O  nie  facet - pomyślałam  sobie - wracamy  do  domu,  świadomie  nie  damy  się  "poźreć",  pozwoliłam  mu  tylko  na  wąchanie  kwiatków.  Kilka  komarzyc  z  premedytacją  pozbawiłam  życia,  taki  ze  mnie  killer.  A  może  to  było  działanie  w  afekcie?

środa, 25 lipca 2012

Oswajanie...

                   W  pogodzie  wyż,  a  w  mojej  duszy  niż.  Panienki  pojechały  dzisiaj  do  domu.  Nie  pozostało  mi   nic  innego  jak  tylko  ponowne  oswojenie  "czterech  ścian".  Poradzę  sobie  z  tym  szybko,  bo  nie  czuję  się  już  "zwierzęciem  stadnym"  i  lubię  spokój.  Poza  tym  jestem  przepełniona  pozytywną  energią.  Wygląda  na  to,  że  Kajtek  też  potrzebował  spokoju,  odkąd  pojechały  śpi  snem  psa  sprawiedliwego  i  pochrapuje.  Widocznie  dały  mu  się  we  znaki  trzy   tygodnie  harców,  hulanek  i  swawoli. 
                   Na  odjezdnym  Kasia  powiedziała,  że  mogę  już  planować  przyszłoroczny  urlop.  Widocznie  odpowiadał  jej  pobyt  w  rodzinnym  domu.  Taki  samodzielny,  tylko  z  córką  i  weekendowymi   dojazdami  męża.  Mnie  to  też  odpowiadało, Grej IV Kajtek  dopieszczony,  a  nawet  przepieszczony  i  przekarmiony,  ale  przecież  dopilnowany.  Wysprzątane  i  wypachnione  mieszkanie.  O  wrażeniach  z  wyjazdu,  nie  wspomnę.  Powtórka  za  rok.  Fajnie.
                    Teraz  nadszedł  czas  na  ich  wyjazd  i  wspólny  urlop. Mam  nadzieję,  że  wrócą  zadowoleni.  Kto  by  nie  wrócił!?  Po  ich  powrocie  spędzimy  jeszcze  parę  dni  ze  sobą  i ... żegnajcie  wakacje.  Dziewczyny  pójdą  do  szkoły,  a  Rysiek  wycierać  łokcie  za  biurkiem.  Jak  dobrze,  że  ja  już  nie  muszę  iść  do  pracy.  Jak  dobrze.
                 

poniedziałek, 23 lipca 2012

Uprowadzenie Alko.

                   Po  szesnastu  dniach  nieobecności,  wczoraj  po  południu  wróciłam  do domu. Jestem  tak  zachłyśnięta  tym  wyjazdem,  że  jest  mi  trudno  nawet  sformułować  wrażenia.
                  Uwielbiam  góry  i  byłam  w  górach,  to  w  zasadzie  cała  opinia  czy  raczej  stwierdzenie dotyczące  wyjazdu.  Góry  Harzu  przypominają  mi  nasze  Pieniny,  przynajmniej  w  tej  części  Dolnej  Saksonii.
                  Jak  dobrze,  że  mam przyjaciółkę  która  podjęła  za  mnie  decyzję  i  wykonała  ją  precyzyjnie.  "Uprowadziła"  mnie  i  jestem  jej  za  to  wdzięczna.
                   Tymczasem  mój  pies,  jak  tylko  wysiadłam  z  samochodu ... szczekał  i  warczał  na  mnie.   Natomiast  ja,  w  swojej  naiwności  sądziłam,  że  będzie ... stęskniony.  To  ci  awanturnik,  jeszcze  dzisiaj  trzyma  się  na  dystans.  Jamniolki  to  psy  z  charakterem,  uparte  i  obrażalskie.  Kocham  tę  ich  obrażalskość,  tę  ich  niskopienność  i   tę   ich  ustawiczną  ochotę  na  ustawiczną  pieszczotę.  Póki  co,  to  "kij  mu  w  oko",  niech  się  dąsa.

środa, 4 lipca 2012

Nieprzerośnięta.

                   Mnie  naprawdę  coś  otumaniło,  zupełnie  zapomniałam  o  odnotowaniu  najważniejszego  wydarzenia  z  życia  mojej  wnuczki.  Po  raz  pierwszy  w  życiu,  przeżywała  zakończenie  roku  szkolnego.   Swoje,  własne - nieprzerośniętej  pierwszoklasistki - zakończenie  roku  szkolnego.  Przeżywaliśmy  razem  z  nią,  chociaż  każde  z  nas  inaczej.  Najbliżej  wszystkiego  był  Ojciec,  ponieważ  był  z  Julką.  Matka,  wypuszczała  na  wakacje  swoją  młodzież,  była  z  nią  myślami,  a  babka -  no  cóż,  siedziała  na  prowincji  i  dawała  upust  wyobraźni.
                   Relacja  telefoniczna  Juleńki,  z  tego  wydarzenia  była  równie  emocjonująca,  jak  komentarz  Tomasza  Zimocha  z  meczu  piłki  kopanej.  Babciu -  cztery  dyplomy,  cztery  dyplomy  dostałam !!!!  Za  co,  od  kogo  i  dlaczego  itd.  itd.  itd.  nadawała  przez  telefon  na  jednym  oddechu.  Moja  kochana  Kruszynka.  Cieszę  się  bardzo,  że  tak  dobrze  wypadła  na  koniec  roku,  nieprzerośnięta  pierwszoklasistka.  Jestem  bardzo  zadowolona,  że  rodzice  zdecydowali  się  posłać  ją  wcześniej  do  szkoły (przy  moim  gorącym  dopingu  i  wsparciu).  Nie  trafia  mi  do  przekonania  argument,  że  sześciolatkom  skraca  się  dzieciństwo. To  już  zupełnie  inne  pokolenie  dzieci  uważam,  że  upośledza  się  je,  nie  posyłając  wcześniej  do  szkoły. 
                   Teraz  Julka  jest  na  obozie,  "kameralnym",  dziesięcioosobowym  ze  swoją  koleżanką.  Kaśka  ryczy  mi  (w  sensie  płacze )  do  słuchawki,  że  nie  może  sobie  miejsca  bez  niej  znaleźć,  a  Juleńka  na  odjezdnym  prosi,  żeby  do  niej  nie  dzwonić.  Ot  i  masz  babo  placek.

niedziela, 1 lipca 2012

Armagedon?

                   Armagedon,  czy  co? - zgotowałeś  nam  Panie  Boże  tej  nocy?  W  ciągu  trzech  godzin,  dwie  burze  i  to  jakie!  Najwyższej  jakości,  a nawet  jakości  Q.  Bój  się  Pan  Boga,  Panie  Boże - w  środku  nocy!?  To  jakby  dwa  grzybki  w  barszcz,  zdecydowana  przesada.  Przestraszone  ptaki  jeszcze  milczą,  a  to  przecież  już  ich  pora  na  wstawanie.  Noo,  ale  dawało.
                   Mnie  też  daje,  ale  głowa.  Tak  mi  zasuwa  wzdłuż  i  wszerz,  a  gdyby  wykonano  mi  tomograf  komputerowy  to  powiedziałabym,  że  zasuwa  w  każdym  z  zeskanowanych  fragmentów.  Żyć  się  nie  chce,  a  o  spaniu  to  w  ogóle  nie  ma  mowy.  Diagnoza  na  niedzielę - będzie  do  bani.  Oho,  ptaszyny  otwierają  dzioby.  Ciekawe,  czy  są  wyspane.
                   Tymczasem  ja,  już  się  szykuję  do  wyjazdu,  za  tydzień  będę -  sześć godzin  jazdy  stąd.  No  i  niestety  nie  mogę  powiedzieć,  że  pałam  wyjątkową  ochotą  na  ten  wyjazd.  Chyba  już  jestem  za  bardzo  osiadła,  w  swoim  trybie  życia.  Może  wystarczająco  wyjeździłam się   i  wychodziłam  "za  młodu"  i   teraz  moja  cielesność  i  psychczność  mówi - dość !  Tym  razem,  nie  posłucham  i  pojadę.