czwartek, 26 lipca 2012

Jest taki dzień.

                   To  dzisiejszy  dzień,  o  którym  przysłowie  mówi:  "Od  świętej  Anki,  chłodne  wieczory  i  zimne  poranki".  Moja  bratowa  ma  dzisiaj  imieniny.  Wesolutka  była  jak  skowronek  kiedy  rano  składałam  jej  życzenia  pomimo  tego,  że  podłapała  półpasiec.  Dzisiaj  jest  już  dobrze  bo  to  stan  zejściowy,  ale  cierpiała  bardzo.  Najbardziej  przykre  jest  to,  że  musieli  zrezygnować  z  wyjazdu  na  urlop.  Niestety  planów  nie  da  się  już  powtórzyć,  przynajmniej  w  tym  roku.
                  Spiekota  była  dzisiaj  niewyobrażalna. Jutro  ma  być  podobnie  i  wczoraj  już  tak  było. Właśnie  wróciłam  z  wieczornego  spaceru  z  Kajtkiem,  na  ciemniejącym  niebie  świeci  połówka  księżyca,  jest  czerwona  i  lekko  przesłonięta  filuterną  chmurką,  wieczór  upalny  jak  środek  dnia. Komarzyce  pracowicie  uwijają  się  i  tną  niemiłosiernie,  pomimo  tego  Kajtek  próbował   wymóc  na  mnie  dłuższy  spacer.  O  nie  facet - pomyślałam  sobie - wracamy  do  domu,  świadomie  nie  damy  się  "poźreć",  pozwoliłam  mu  tylko  na  wąchanie  kwiatków.  Kilka  komarzyc  z  premedytacją  pozbawiłam  życia,  taki  ze  mnie  killer.  A  może  to  było  działanie  w  afekcie?

środa, 25 lipca 2012

Oswajanie...

                   W  pogodzie  wyż,  a  w  mojej  duszy  niż.  Panienki  pojechały  dzisiaj  do  domu.  Nie  pozostało  mi   nic  innego  jak  tylko  ponowne  oswojenie  "czterech  ścian".  Poradzę  sobie  z  tym  szybko,  bo  nie  czuję  się  już  "zwierzęciem  stadnym"  i  lubię  spokój.  Poza  tym  jestem  przepełniona  pozytywną  energią.  Wygląda  na  to,  że  Kajtek  też  potrzebował  spokoju,  odkąd  pojechały  śpi  snem  psa  sprawiedliwego  i  pochrapuje.  Widocznie  dały  mu  się  we  znaki  trzy   tygodnie  harców,  hulanek  i  swawoli. 
                   Na  odjezdnym  Kasia  powiedziała,  że  mogę  już  planować  przyszłoroczny  urlop.  Widocznie  odpowiadał  jej  pobyt  w  rodzinnym  domu.  Taki  samodzielny,  tylko  z  córką  i  weekendowymi   dojazdami  męża.  Mnie  to  też  odpowiadało, Grej IV Kajtek  dopieszczony,  a  nawet  przepieszczony  i  przekarmiony,  ale  przecież  dopilnowany.  Wysprzątane  i  wypachnione  mieszkanie.  O  wrażeniach  z  wyjazdu,  nie  wspomnę.  Powtórka  za  rok.  Fajnie.
                    Teraz  nadszedł  czas  na  ich  wyjazd  i  wspólny  urlop. Mam  nadzieję,  że  wrócą  zadowoleni.  Kto  by  nie  wrócił!?  Po  ich  powrocie  spędzimy  jeszcze  parę  dni  ze  sobą  i ... żegnajcie  wakacje.  Dziewczyny  pójdą  do  szkoły,  a  Rysiek  wycierać  łokcie  za  biurkiem.  Jak  dobrze,  że  ja  już  nie  muszę  iść  do  pracy.  Jak  dobrze.
                 

poniedziałek, 23 lipca 2012

Uprowadzenie Alko.

                   Po  szesnastu  dniach  nieobecności,  wczoraj  po  południu  wróciłam  do domu. Jestem  tak  zachłyśnięta  tym  wyjazdem,  że  jest  mi  trudno  nawet  sformułować  wrażenia.
                  Uwielbiam  góry  i  byłam  w  górach,  to  w  zasadzie  cała  opinia  czy  raczej  stwierdzenie dotyczące  wyjazdu.  Góry  Harzu  przypominają  mi  nasze  Pieniny,  przynajmniej  w  tej  części  Dolnej  Saksonii.
                  Jak  dobrze,  że  mam przyjaciółkę  która  podjęła  za  mnie  decyzję  i  wykonała  ją  precyzyjnie.  "Uprowadziła"  mnie  i  jestem  jej  za  to  wdzięczna.
                   Tymczasem  mój  pies,  jak  tylko  wysiadłam  z  samochodu ... szczekał  i  warczał  na  mnie.   Natomiast  ja,  w  swojej  naiwności  sądziłam,  że  będzie ... stęskniony.  To  ci  awanturnik,  jeszcze  dzisiaj  trzyma  się  na  dystans.  Jamniolki  to  psy  z  charakterem,  uparte  i  obrażalskie.  Kocham  tę  ich  obrażalskość,  tę  ich  niskopienność  i   tę   ich  ustawiczną  ochotę  na  ustawiczną  pieszczotę.  Póki  co,  to  "kij  mu  w  oko",  niech  się  dąsa.

środa, 4 lipca 2012

Nieprzerośnięta.

                   Mnie  naprawdę  coś  otumaniło,  zupełnie  zapomniałam  o  odnotowaniu  najważniejszego  wydarzenia  z  życia  mojej  wnuczki.  Po  raz  pierwszy  w  życiu,  przeżywała  zakończenie  roku  szkolnego.   Swoje,  własne - nieprzerośniętej  pierwszoklasistki - zakończenie  roku  szkolnego.  Przeżywaliśmy  razem  z  nią,  chociaż  każde  z  nas  inaczej.  Najbliżej  wszystkiego  był  Ojciec,  ponieważ  był  z  Julką.  Matka,  wypuszczała  na  wakacje  swoją  młodzież,  była  z  nią  myślami,  a  babka -  no  cóż,  siedziała  na  prowincji  i  dawała  upust  wyobraźni.
                   Relacja  telefoniczna  Juleńki,  z  tego  wydarzenia  była  równie  emocjonująca,  jak  komentarz  Tomasza  Zimocha  z  meczu  piłki  kopanej.  Babciu -  cztery  dyplomy,  cztery  dyplomy  dostałam !!!!  Za  co,  od  kogo  i  dlaczego  itd.  itd.  itd.  nadawała  przez  telefon  na  jednym  oddechu.  Moja  kochana  Kruszynka.  Cieszę  się  bardzo,  że  tak  dobrze  wypadła  na  koniec  roku,  nieprzerośnięta  pierwszoklasistka.  Jestem  bardzo  zadowolona,  że  rodzice  zdecydowali  się  posłać  ją  wcześniej  do  szkoły (przy  moim  gorącym  dopingu  i  wsparciu).  Nie  trafia  mi  do  przekonania  argument,  że  sześciolatkom  skraca  się  dzieciństwo. To  już  zupełnie  inne  pokolenie  dzieci  uważam,  że  upośledza  się  je,  nie  posyłając  wcześniej  do  szkoły. 
                   Teraz  Julka  jest  na  obozie,  "kameralnym",  dziesięcioosobowym  ze  swoją  koleżanką.  Kaśka  ryczy  mi  (w  sensie  płacze )  do  słuchawki,  że  nie  może  sobie  miejsca  bez  niej  znaleźć,  a  Juleńka  na  odjezdnym  prosi,  żeby  do  niej  nie  dzwonić.  Ot  i  masz  babo  placek.

niedziela, 1 lipca 2012

Armagedon?

                   Armagedon,  czy  co? - zgotowałeś  nam  Panie  Boże  tej  nocy?  W  ciągu  trzech  godzin,  dwie  burze  i  to  jakie!  Najwyższej  jakości,  a nawet  jakości  Q.  Bój  się  Pan  Boga,  Panie  Boże - w  środku  nocy!?  To  jakby  dwa  grzybki  w  barszcz,  zdecydowana  przesada.  Przestraszone  ptaki  jeszcze  milczą,  a  to  przecież  już  ich  pora  na  wstawanie.  Noo,  ale  dawało.
                   Mnie  też  daje,  ale  głowa.  Tak  mi  zasuwa  wzdłuż  i  wszerz,  a  gdyby  wykonano  mi  tomograf  komputerowy  to  powiedziałabym,  że  zasuwa  w  każdym  z  zeskanowanych  fragmentów.  Żyć  się  nie  chce,  a  o  spaniu  to  w  ogóle  nie  ma  mowy.  Diagnoza  na  niedzielę - będzie  do  bani.  Oho,  ptaszyny  otwierają  dzioby.  Ciekawe,  czy  są  wyspane.
                   Tymczasem  ja,  już  się  szykuję  do  wyjazdu,  za  tydzień  będę -  sześć godzin  jazdy  stąd.  No  i  niestety  nie  mogę  powiedzieć,  że  pałam  wyjątkową  ochotą  na  ten  wyjazd.  Chyba  już  jestem  za  bardzo  osiadła,  w  swoim  trybie  życia.  Może  wystarczająco  wyjeździłam się   i  wychodziłam  "za  młodu"  i   teraz  moja  cielesność  i  psychczność  mówi - dość !  Tym  razem,  nie  posłucham  i  pojadę.

sobota, 30 czerwca 2012

Euro spoko.

                  Szkoda  mi  i  żal,  że  taka  wspaniała  impreza  jak  Euro  2012  to  już  historia.  Zupełnie  ześwirowałam  i  z  ostentacyjnej  przeciwniczki  piłki  nożnej,  stałam  się  jej  najwierniejszą  fanką.  Na  czas  turnieju  naturalnie.  Kibicowałam  naszym  piłkarzom,  ale  z  przyczyn  zupełnie  ode  mnie  niezależnych,  szybko  skończyłam. Nie  będę  oceniać  ani  gry  ani  trenera,  bo  się  na  tym  nie  znam, nadal  nie  wiem  kiedy  i  co  to  jest  spalony.  Wiem  za  to jak  wygląda  Lewandowski,  Szczęsny  i  Błaszczykowski,  ach  i  Tytoń.  To  mi  wystarczy.  Wiem  jeszcze  jedno,  że  Mario  Balotelli   z   włoskiej  drużyny,  po  ściągnięciu  koszulki  wyglądał  jak  młody,  hebanowy  Bóg.  Piękny i  zły.
                  Euro  to  nie  jest  kompletna  klęska,  to  nie  jest  też  skok  cywilizacyjny,  według  mnie  to  "gumka  myszka",  która  w  znacznym  stopniu  wymaże  wypaczony  obraz  Polski  w  Świecie.  O  to  przecież  chodzi  żebyśmy  w  końcu  zaczęli  być  postrzegani  jako  cywilizowany  europejski  kraj,  a  nie  zaścianek  Europy.
                 Udało  nam  się.  Wyszło  nam  jako  organizatorom  i  gospodarzom.  Udało  się  i  Ukrainie.  O  tym,  że  będzie  spoko  najwcześniej  wiedziały  kobitki  z  zespołu  "Jarzębina" i  trzeba  było  im  uwierzyć. Jestem  szczęśliwa  i  zachwycona, o  Irlandczykach  nie  wspomnę.

wtorek, 26 czerwca 2012

Adorator.

            Trafił  mi  się  adorator: młodszy,  obcojęzyczny  i  za  małą  wodą.  Trochę  mi  miesza  w  moim  porządku  dnia,  ale  już  chyba  daję  radę. Sytuacje  dzieją  się  prześmieszne,  dużo  młodszy  człowiek  na  dodatek  zdeterminowany,  ja  zaskoczona  adoracją  i  wycofana,  a  qui  pro  quo  goni - qui  pro  quo  i  qui  pro  quo - się  podpiera.  Troszku  przesadziłam,  ale  tylko troszku.  W  latach   bardzo  dojrzałych  poznaję  i  doznaję,    znaczenie  półsłówek.  Dla  obcokrajowca  jest  to  przeszkoda  nie  do  przebrnięcia.
             Niestety  z  przykrością  muszę  się  przyznać,  że  chwilami  zachowuję  się  jak  małolata.  Małolata,  która  chciałaby,  a  boi  się.  Prawda  jest   naga - chciałabym  i  boję  się.  Tylko,  że  moje  chcenie  jest  i  tak  mniejsze,  od  jego  chcenia. Zobaczymy  jak  to  się  potoczy.
             Tymczasem  muszę  się  jakoś  wymiksować,  przy  tym  nie  urazić  adoratora,  bo  przecież  jadę  na  urlop.  Do  mojej  kochanej  przyjaciółki,  do  Iwonki  aktualnie  płaszczącej  pupę  nad  morzem.

środa, 20 czerwca 2012

Noc jak nie noc.

Kwiat  paproci.

Zakwita w puszczach dziwny kwiat paproci,
Na jedną chwile w tajemniczym cieniu
Cały świat blaskiem czarodziejskim złoci,
Lecz można tylko dotknąć go w marzeniu.

Młodość, co wierząc, sama cuda tworzy,
Umie go dojrzeć w cudowności lesie,
Żadne widziadło w biegu jej nie stworzy
Pewnej, że skarb ten na sercu uniesie.

 A choć nie uszczknie kwiecia ideału,
Co pod jej ręką jako sen przepada,
Jednak ma chwilę ekstazy i szału,
W której jest pewną, że niebo posiada,

Gdy się dwa serca spotkają tęskniące,
Pełne nadziemskiej piękności i żalu,
Gdy objawienie miłości jak słońce
Na ust spłonionych zabłyśnie koralu;

Gdy po raz pierwszy drżące a wstydliwe
Te usta w jeden pocałunek spłyną,
Gdy przez nie dusze połączyć się chciwe
Jako dwie fale w oceanie giną -

Natenczas w uczuć wezbranych powodzi,
W tej błyskawicy duchów idealnej,
Kwiat ów cudowny tajemniczo wschodzi
I w pocałunku kwitnie niewidzialny!

Tyle też jego trwania. Gdy z zachwytu
Zbudzona dusza chce go ująć w dłonie -
Zniknął bez śladu... Tylko wśród błękitu
Zostały po nim jakieś dziwne wonie.          Adam Asnyk


       To już  dzisiaj,  ten  niecodzienny  dzień - najdłuższy  dzień  w  roku,  to  już  dzisiaj  ta  magiczna  noc -  najkrótsza  noc w  roku. To  już  dzisiaj  noc  Kupały,  noc  świętojańska,  lub  po  prostu  sobótka. Szalejmy  więc,  bawmy  się  i  kochajmy ,  a  marzenia   niech  się   spełniają.
       Jak  to  dobrze  mieć  przyjaciół,  bo  przypomniała  mi  o  tym  i  wiersz  przysłała,  moja  przyjaciółka.  Tymczasem  ja,  zakręcona  jak  twist,  pochłonięta  sprawami  osobistymi,  przegapiłabym  coś  tak  cudownego,  coś  tak  magicznego,  coś  tak  nieprawdopodobnie  nieprawdopodobnego.
    
       Oj, sobótka, sobótka - dzień  jest długi  noc  krótka...........

Haratnąć gałę.

                   Haratnąć  gałę,  na  dodatek  haratnąć  w  nią  dobrze, to  ciężka  robota  jest.  Zakończyły  się rozgrywki  grupowe,  niestety  dalsze  zmagania będą  się  już  odbywały  bez  naszych  piłkarzy.  Mnie  to  za   bardzo  nie  przeszkadza,  bo  kibicką  jestem  żadną,  ale  patriotką  ogromną.  Cieszyłabym  się  gdyby  w  ósemce  najlepszych  drużyn  Europy,  znalazła  się  i  Polska,  ale  skoro  się  nie  znalazła  to trudno,  chłopcy  nie  grali  przecież  źle.  Tak  uważam  i  już.
                   Najważniejsze  jednak  jest  to,  że  wszystko  gra  organizacyjnie  i  jest  dopięte  na  przysłowiowy  "ostatni  guzik".  Dla  nas  Euro  trwa  nadal,  bośmy  przecież  organizatorzy  tej  cudownej  imprezy.  Wkurzają  mnie  kibice,  którzy  natychmiast   po  przegranym  w  sobotę  meczu,  pościągali  flagi,  szturmówki,  proporce,  bandery.  W  moim  ogródku  bukszpan  będzie  miał   biało czerwoną  muchę  do  1. lipca,  i  do  1. lipca  będzie  powiewała  z  balkonu  flaga  organizatora  Euro.
                   Cieszę  się,  że  nas  dostrzegają,  że  nas  chwalą,  że  zostaną  chociaż  częściowo  obalone  niepochlebne  opinie  o  Polsce.
                    Jeszcze  z  jednego  się  cieszę,  mianowicie  z  tego,  że  Rosja  też  odpadła  z  turnieju.  Cieszę  się  i  już.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Minęło.

                   Jutro  minęło  trzy  dni  temu.  Dziewczyny  ze  szpitala  wróciły  po  13  h.  Wszystkie,  nawet  te  trochę  wątpliwe  wyniki  są  w  normie,  jedynie  trzeci  migdałek   okazał  się  być  nadmiernie  przerośnięty,  a  więc do  bezwzględnego  usunięcia.  Kasia  nie  zwlekała  z  decyzją  i  ustaliła  już  termin  tego  zabiegu  -  pierwszy  wolny,  wypadł   w   październiku.
                   Popołudnie   Dnia   Dziecka  spędziła  Julka  we  własnym  pokoju,  niestety  na  nic  się  dziecko  nie  załapało.  Dobrze  chociaż  że  był  rower,  którym  właściwie  też  nie  potrafiła  się  cieszyć. Kiedy  ją  poprosiłam  żeby  mi  ten  rower  opisała,  opisała  go  tak:  jeesstt   bbiiaałłoo-ffiioolleettoowwy  z  bbiiaałłoo-rróóżżoowwoo-ffiiooolleettoowwyymmii  frędzelkami  przy  kierownicy  i  bbaarrdzdzoo  mmii  ssiięę  ppooddoobbaa.  Najważniejsze,  że  bardzo  jej  się  podobał.  W  końcu  sama  go  wybrała.